poniedziałek, 20 marca 2017

Abadon - Rozdział 3_epizod 1



– Proszę, nie róbcie nam krzywdy, nie mamy nic więcej. – Błagalny ton kobiety nie zrobił żadnego wrażenia na dwójce napastników, którzy od dwóch godzin przetrząsali mieszkanie na poddaszu, przy Queen Victoria Street 12 w centrum Londynu, szukając kosztowności i pieniędzy.
Wszystko wydarzyło się późnym popołudniem, kiedy lady Grace wracała z córkami ze spaceru. Dziewczynki w wieku dziesięciu i ośmiu lat radośnie trajkotały, wbiegając po schodach, prowadzących do niewielkiego mieszkania, stanowiącego ich dom, i ich cały świat. Wesoły szczebiot skutecznie zagłuszył odgłosy innych kroków. Może gdyby były ciszej, Grace usłyszałaby, że ktoś się za nimi skrada. Skupiona na dzieciach, nie zauważyła obcych podążających jej śladem.
Weszli się do mieszkania nim zdążyła wsunąć klucz do zamka. Wepchnęli kobietę do środka, zatrzaskując za sobą drzwi, uniemożliwiając wezwanie pomocy, rozpoczynając dramat rodziny.
Grace zareagowała instynktownie, ukryła córki za sobą, osłaniając je własną piersią. Na twarz natychmiast przywdziała chłodny wyraz. Przez wiele lat była guwernantką, potrafiła mówić stanowczo i nakłonić do posłuchu nawet najkrnąbrniejsze dziecko.
– Czego, panowie, sobie życzą? – zapytała zimno. Za jej plecami mała Lisa płakała cicho, natomiast jej starsza siostra Elsa stała z otwartymi szeroko oczyma. Przerażenie promieniowało z małego ciałka, dziewczyna była tak przestraszona, że nie zdołała się poruszyć.
– Czego chcemy? – Wyższy z napastników uśmiechnął się do Grace pożółkłymi zębami. Twarz, chociaż niegolona od wielu tygodni, sprawiała wrażenie młodej. Tłuste włosy w odcieniu kasztanu nieskładnie zwisały wokół głowy. Płaszcz, którym okrywał szczupłą sylwetkę, był mocno znoszony i poplamiony w tak wielu miejscach, że trudno było stwierdzić, jaki pierwotnie miał kolor. – Chcemy wszystkiego, co możesz nam dać, paniusiu, a nawet więcej – wycedził.
Przesunął językiem po spękanych wargach, przyprawiając Grace o dreszcze.
– Pieniądze, biżuteria. Kobieta taka, jak ty z pewnością ma ich całkiem sporo – odezwał się drugi. Był dużo niższy od swego kompana i zdecydowanie sporo od niego starszy. Liczne pasma siwizny błyszczały w brudnych włosach. Napastnik miał na sobie równie nędzne ubranie, chociaż jego było brudne od sadzy.
– Jesteśmy biedne, spójrzcie w jakich warunkach mieszkamy. – Grace szybko podjęła decyzję, że będzie się targować. Po śmierci męża, którego grypa zabrała poprzedniej zimy, została z dziećmi praktycznie bez środków do życia. Ludwik pracował jako księgowy w hucie szkła należącej do braci Werenke. Praca była dobrze płatna, ale utrzymanie dwupoziomowego domu na przedmieściach sporo kosztowało. Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Śmierć Ludwiga zburzyła poukładany świat całej rodziny. Grace musiała wyprowadzić się z dużego domu i poszukać niewielkiego mieszkania w centrum, skąd dziewczynki mogłyby pieszo chodzić do szkoły. Co cenniejsze przedmioty i meble sprzedała, a uzyskane w ten sposób pieniądze miały zapewnić im byt do czasu, aż nie znajdzie odpowiedniej pracy.
Dwoje oprychów usiłowało ograbić ją nawet z tego.
– Gówno mnie to obchodzi – syknął pierwszy z napastników. W jego dłoni błysnął pistolet. – Kłamiesz, suko, już suknia, którą nosisz, jest sporo warta, musisz mieć pieniądze.
Grace zagryzła wargi. Ciemnobrązowa suknia z marszczonej tafty była ostatnim przypomnieniem życia, jakie kiedyś wiodła. Wszystkie inne modne kreacje, nawet buty, sprzedała dawno temu.
– To pamiątka – powiedziała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Po mężu, tylko tyle mi po nim zostało. – Nie była to prawda, ale obcy nie musieli o tym wiedzieć.
– Mężu? – Drugi z oprychów zawahał się nieznacznie. Nawet zerknął na boki, jakby obawiał się, że ktoś wyskoczy z ciemności i stanie w obronie kobiety i jej córek. – Gdzie on jest?
– Nie żyje. – Mogła skłamać, nie zrobiła tego jednak.
– Kiepsko zabezpieczył cię na starość – zarechotał pierwszy z napastników.
– Zważaj, panie, na słowa. – Grace zrobiła krok do przodu. Kochała męża i nie zamierzała pozwolić na znieważanie jego pamięci.
Cios spadł na jej twarz tak niespodziewanie, że nie zdołała się na niego przygotować. Zachwiała się i upadła na podłogę. Policzek palił ją żywym ogniem, w ustach poczuła metaliczny smak krwi. Dziewczynki stojące pod oknem zaniosły się szlochem. Nawet Elsa zazwyczaj tak poważna, płakała rzewnymi łzami. Grace chciała uspokoić córki, ale nieznajomy chwycił ją za włosy i pociągnął ku kredensowi, stojącemu pod ścianą. Z dużą siłą uderzył jej głową o drewniane drzwiczki. Zakręciło się jej przed oczyma, ból na moment pozbawił ją oddechu.
– O, przepraszam! – usłyszała tuż przy uchu. – A teraz mów, kurwo, gdzie masz pieniądze i kosztowności?!
Drżącą ręką wskazała na szufladę w kredensie.
– Pod prześcieradłami – jęknęła. Głos z trudem przechodził jej przez usta. Chciała obrócić się do córek i uspokoić je, bała się jednak poruszyć.
Zbir szarpnął szufladę i zaczął przetrząsać jej zawartość. Z łatwością znalazł niewielką sakiewkę, a w niej piętnaście funtów i dwadzieścia siedem pensów, oraz broszkę z kameą – cały dobytek Grace.
– Co to do cholery ma być!? – syknął, machając sakiewką przez oczyma Grace. – Kpisz sobie ze mnie, dziwko?! – Zamachnął się ręką, ale tym razem zdołała zasłonić się ramionami.
– Nie mamy nic więcej, proszę, nie róbcie nam krzywdy – szepnęła. – Błagam, nic więcej nie mamy.
– Kłamiesz. – Napastnik pomachał jej pistoletem przed oczyma. – Musisz mieć. Odświeżę ci pamięć i sprawię, że z chęcią podzielisz się ze mną wszystkim co ukryłaś. – Mężczyzna wyprostował się, następnie wymierzył pistolet w kierunku płaczących dziewczynek i nacisnął spust.
Huk wystrzału był ogłuszający i sprawił, że na moment wszyscy zamarli, chwilę później na piersi Lisy wykwitła bordowa plama, zaraz potem dziewczynka osunęła się na podłogę. W martwych oczach dziecka ciągle malowało się zaskoczenie.
– Nie!!! – Emma obudziła się z posmakiem krwi w ustach. W uszach ciągle jeszcze słyszała swój własny krzyk i rozpaczliwe wycie matki, która czołgając się usiłowała dotrzeć do Lisy. Nie zdołała tego zrobić, zbir zastrzelił ją nim dotknęła stopy córki.
Emma usiłowała otrząsnąć się z bolesnego wspomnienia. Jakby to było wczoraj miała przed oczyma brudną twarz drugiego napastnika, który zbliżył się do ostatniego żyjącego świadka – Emmy, wtedy jeszcze noszącej imię Elsa. W jego dłoni również groźnie połyskiwał pistolet.
– Przepraszam – powiedział cicho. – I tak nie moglibyśmy zostawić cię przy życiu. – Strzelił. Nie pamiętała bólu, tylko ciemność i otaczające ją zimno. Śmierć nie była taka straszna, ale pustka czająca się tuż za nią, owszem.
Emma usiadła na łóżku. Mimowolnie dotknęła śladu na piersi, jedynego dowodu, że naprawdę kiedyś umarła. Od dziesiątek lat nie śniła o wydarzeniach tamtej nocy. Zrobiła wszystko, by zapomnieć twarze napastników, zadowolenie malujące się w ich oczach. Tamto wspomnienie zastąpiła innym: przerażeniem i strachem, który bił z oczu zbirów, gdy dopadła ich w ciemnym zaułku. Dwadzieścia lat czekała na swoją okazję. Wytropiła ich i rozstrzelała, wpierw jednak upewniła się, że ją pamiętają. Umarli ze świadomością, że duch z przeszłości wymierzył im sprawiedliwość. Nie była duchem, a sprawiedliwością gardziła niczym zużytą chusteczką higieniczną.
Dzwonek do drzwi przyjęła z prawdziwą ulgą. Wstał nowy dzień, czas szykować się do pracy i zapomnieć o przeszłości. Na progu stała zapewne Gosia, która mieszkając w budynku naprzeciwko zawsze wpadała rano, by obudzić przyjaciółkę.
– Już idę! – krzyknęła, człapiąc się do drzwi.
– Wreszcie – Mruknęła Gosia, kiedy w końcu Emma wpuściła ją do środka. – Znowu zaspałaś?
– Tak jakby. – Emma przeczesała palcami niesforne włosy. Nigdy nikomu nie powiedziała, kim jest naprawdę, z tego samego powodu również nie mieszkała nigdzie dłużej niż dziesięć lat. W Poznaniu spędziła ostatnie osiem, jej czas powoli dobiegał końca. – Daj mi chwilę to się ogarnę.
– Pospiesz się, jest późno, a chciałbym jeszcze skoczyć do sklepu. – Gosia przestępowała nerwowo z nogi na nogę.
Normalnie Emma zignorowałaby takie zachowanie, ale dziś przyjaciółka zdawała się jej dziwnie zdenerwowana.
– Coś się stało? – zapytała, maszerując z powrotem do sypialni. W pośpiechu wciągała na siebie rzeczy. – No, powiesz mi, czy nie? – zapytała, ponownie wchodząc do salonu. – Coś z Julką?
– Nie, na szczęście nie tym razem. – Gosia machnęła ręką. – To, coś innego. Chciałam cię prosić, byś zachowała ostrożność. – Ostatnie słowa wypowiedziała niezwykle cicho.
Na twarzy Emmy odmalowało się zdziwienie.
– Powiesz więcej? Jakieś szczegóły?
Gosia westchnęła ciężko.
– Wczoraj ktoś dziwny kręcił się koło kawiarni. Boję się, że może wrócić.
– Jak wyglądał? – Emma momentalnie zesztywniała. Nienawidziła obcych, groźnie wyglądających mężczyzn, takich, którzy są zdolni zabić z zimną krwią.
– Dość wysoki, ubrany na ciemno, długie czarne włosy, arogancja bijąca z twarzy.
Emma skinęła głową. Ten opis pasował do sporej liczby mężczyzn, zamierzała jednak wziąć go sobie do serca. Nie bez przyczyny śniła jej się matka i siostra.
– Dobrze, będę się uważnie rozglądać. – Nie zapytała skąd wziął się nieznajomy, nie interesowało ją to. Zło pojawiało się niespodziewanie i najczęściej wtedy, gdy nikt się go nie spodziewał. Przeszłość Gosi była równie skomplikowana jak Emmy i chociaż nigdy o tym nie rozmawiały, wiedziała, że przyjaciółka władała jakimś rodzajem magii. Moc otaczała ją niczym druga skóra, a jej ogniście rude włosy tylko to potwierdzały. Możliwe, że ktoś z przeszłości wpadł na jej trop i dotarł do Poznania.
Cóż, kimkolwiek był, Emma zamierzała pozostać czujna, a jeśli zajdzie potrzeba, skróci skurwiela na głowę. Miała w tym wprawę.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Abadon - Rozdział 2_epizod 2



Pojawił się w Poznaniu późnym popołudniem. Słońce grzało, jak cholera, toteż większość spacerujących po starym rynku, szukała ochłody w licznych ogródkach, przytulonych do zabytkowych kamienic tego wiekowego miasta. Abadon rzadko miał okazję odwiedzać Polskę, jakimś dziwnym trafem wyjątkowo mało istot zamieszkujących tę ziemię kwalifikowało się do zlikwidowania.
Mimo tego wszystkiego pofatygował się do Polski, Lucyfer zlecił mu zadanie schwytania i sprowadzenia do podziemnego królestwa piekielnej uciekinierki. Władca nie wyjawił wiele szczegółów, zaledwie tyle, że miała na imię Kara i schroniła się w Poznaniu. Upadły kłamał, było to tak oczywiste, jak to, że słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Właśnie dlatego Abadon zdecydował się przyjąć pracę. Cholernie ciekawiło go, kim naprawdę była zbiegła diablica i dlaczego psy piekielne nie potrafiły zmusić ją do powrotu?
Było gorąco, kurewsko gorąco. Słońce podwójnie ciągnęło do ciemnych rzeczy siewcy śmierci. Anioł zatrzymał się przy zabytkowym pręgierzu i raz jeszcze przesunął wzrokiem po reklamach restauracji. Nie musiał się specjalnie wysilać, diabelską energię łatwo było wyczuć. Nawet w tłumie ludzi, bez najmniejszego trudu mógł wskazać, gdzie miała swoje źródło.
Kawiarnia nosiła nazwę „Promień Słońca” i była chyba najmniejszą, jaka działała na rynku w Poznaniu. Zaledwie sześć stolików otoczonych drewnianym, białym płotkiem. Sporo kwiatów w wiklinowych koszyczkach, śnieżnobiałe obrusy.
Jak na tak mały ogródek gości było wyjątkowo sporo. Z daleka widział pełne obłożenie stolików i kilka par czekających, aż zwolnią się miejsca. Zaciekawiło go to. Co takiego wyjątkowego było w kawiarni, że mimo wolnych miejsc w sąsiednich ogródkach, ludzie woleli stać w kolejce, by usiąść w promyczku.
Zdecydował, że przekona się o tym niezwłocznie. Obejrzy lokal, może nawet zje coś słodkiego, a potem złapie diablicę za łokieć i wyprowadzi na zewnątrz. Godzinę później będą już w piekle. Ona wróci do swoich, jemu Lucyfer będzie dozgonnie wdzięczny. Banalnie łatwe zadanie, nawet nie zdąży się spocić.
Od kawiarni dzieliło go zaledwie dziesięć metrów, gdy poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Ciało stało się ciężkie, z trudem podnosił stopy, które nagle zaczęły ważyć tonę. Chwilę później pojawił się szum w uszach, a zaraz po nim potworny ból głowy ścisnął mu skronie. Zdołał zrobić jeszcze dwa kroki i stanął w miejscu. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co się stało. Jakaś niewidzialna siła usiłowała zniechęcić go do odwiedzenia promyczka.
– Kurwa! – zaklął pod nosem. Spróbował raz jeszcze i nowa fala bólu rozdała mu głowę. Zatoczył się, chwilę mu zajęło dojście do siebie. Ciężko dysząc powiódł spojrzeniem po ludziach siedzących przy stolikach, szukając odpowiedzialnego za swój stan.
I wtedy ją zobaczył. Ubrana w ciemne szorty i białą bluzkę z napisem: Witamy w promyczku, krzątała się między stolikami, zbierając zamówienia.
Abadon przeklął ponownie. Kelnerka była niską kobietą o bujnych kształtach i ogniście rudych włosach. Pierdolona wiedźma, czarami usiłowała trzymać niepożądanych gości z dala od kawiarni. Krąg mocy otaczający ogródek z pewnością wyszedł z jej rąk.
Anioł zmarszczył brwi. Zadanie robiło się coraz ciekawsze. Lucyfer ani słowem nie wspomniał, że jego diablica zadawała się z wiedźmą.
Nie mogąc wejść do środka, zawrócił i w szedł do ogródka znajdującego się zaledwie dwadzieścia metrów dalej. Zamówił piwo, wybrał miejsce w narożniku i popijając powoli napój rozpoczął obserwację.
Wiedźma krzątała się między stolikami, zbierała brudne naczynia i przynosiła zamówienia. Abadon zauważył, że ogródek przylegał do kamienicy, w której mieściła się główna część kawiarni. Wiele osób wchodziło do budynku, by po chwili wyjść z kartonikiem słodkości. Zatem było to miejsce, gdzie nie tylko na miejscu można zjeść deser, ale również zakupić specjały na wynos.
Anioł upił kolejny łyk piwa, ze stoickim spokojem, patrząc na nową kelnerkę, która właśnie pojawiła się w drzwiach lokalu. Była bardzo szczupła, jej kruczoczarne włosy, krótko przycięte, sterczały wokół głowy w iście artystycznym nieładzie. Miała wyraziste rysy twarzy i pełne, zmysłowe wargi. Była śliczna, w najbardziej cholerny, erotyczny sposób, w jaki tylko kobiety mogły być piękne.
Abadon uśmiechnął się szeroko. Proszę, o to i nasza zguba. Diablica jak się patrzy. Moc, która ją otaczała, docierała nawet do niego, łaskocząc go w czubki palców. Zatem tak wyglądasz, Karo, przeszło przez myśl aniołowi. Wkrótce skończy się twoja sielanka za ziemi. Musiał tylko wymyślić, jak złamać zaklęcie wiedźmy.
Dopił piwo i wstał od stolika. Jutro się tym zajmie, jutro zniszczy czar i dobierze się do Kary. Wychodząc z ogródka raz jeszcze spojrzał w kierunku promyczka. Wiedźma stała na progu kawiarni, z tacą zastawioną deserami i spoglądała na niego. W jej oczach kryło się zaskoczenie i strach. Nim odszedł uśmiechnął się do kobiety, która rozpoznała go i zadrżała ze strachu.
Bój się, powinnaś czuć strach, stanęłaś między siewcą śmierci, a jego ofiarą. Poniesiesz za to karę.
Bała się poruszyć w obawie, że potwór, którego ujrzała, rzuci się na nią. Mroczna aura biła od niego, zaginając promienie słońca, które omijały go szerokim łukiem. Wyższy niż większość mężczyzn, spacerujących po starym rynku, ubrany od stóp do głów na czarno, wzrokiem drapieżnika spoglądał na małą kawiarnię. Nie wiedziała, kiedy się pojawił ani na kogo tym razem polował. Zerknęła przelotnie po gościach lokalu, szukając ewentualnej ofiary. Nie dostrzegła nikogo takiego. Kogo zatem upatrzył sobie siewca śmierci, że próbował sforsować barierę? Kiedy ją stawiała, miała być zaporą przed demonami i złymi duchami, nie sądziła, że równie skutecznie zatrzyma śmierć. Tylko, czy powinna się z tego cieszyć? Równie dobrze mogła rozwścieczyć żniwiarza, który nie spocznie, aż nie zniszczy zaklęcia.
Miała nadzieję, że się myliła, ale nawet spoglądając za oddalającym się Abadonem, czuła przez skórę, że ten niebezpieczny mężczyzna nie pozwoli tak łatwo się spławić.
On tu wróci, a kiedy to nastąpi, poleje się krew.

czwartek, 19 stycznia 2017

Szmaragdowe Łzy - Rozdział 1_epizod 2



Spojrzał na matkę leżącą w łożu i zmiął przekleństwo w ustach. Kiedy niósł ją przez morze był pewien, że nim wyląduje na Czerwonych Wyspach, ona umrze w jego ramionach. Odniosła tak wiele ran, że tylko cud mógł ocalić ją od śmierci.
Atak, jaki przypuścili gwardziści króla na Awer, zmiótł zamek dosłownie ze szczytu góry. Walka toczyła się przez wiele godzin i była najbrutalniejszą, w jakiej do tej pory Thargar uczestniczył. Nie było mowy o braniu jeńców, zginął każdy, kto nie potrafił się obronić.
Bezwzględność wojowników Ariela była zadziwiająca, i nawet zaprawionych w boju oprychów Thargara, wprawiła w osłupienie. Mimo iż spodziewali się odwetu, atak gwardzistów zaskoczył obrońców. Monarcha przysłał tak wielką armię, że już po kilu minutach mury Awer zaczęły się kruszyć. Wszystko wokół się trzęsło i rozpadało. Krew lała się strumieniami, oderwane kończyny spadały na skały.
Armia Ariela w smoczej formie wpadła do zamku i zaczęła siać spustoszenie. Bestie nie mogąc pomieścić się w ciasnych korytarzach, burzyły ściany, zrywały dachy. W niespełna kilka godzin rozniosły rodzinną twierdzę hrabiego Tollesto w pył.
Tamtej nocy Thargar również nie próżnował. Zabił wielu wojowników Ariela, nie zdołał jednak ocalić swego domu i ludzi. Jakby tego było mało, jego przeklęty brat, Favien wybrał sobie ten właśnie moment, by wrócić do zamku. Nie zrobił tego jednak, by błagać o przebaczenie, o nie. Bękart usiłował wykraść dzieci Heleny. Thargar z wielką przyjemnością wbił bratu miecz we wnętrzności, z jeszcze większą patrzył na Melira es Kirala, który będąc świadkiem tamtej sceny, dowiedział się, że Favien jest jego synem.
Tamtego dnia Thargar nie zdołał obronić Awer, ale odniósł swoje małe zwycięstwo, niszcząc ostatecznie Faviena i lorda Kirala. Opuścił fortecę, nie czekając na rozwój wypadków, zabrał matkę i pofrunął za morze. Nie miał pojęcia, który ze smoków wygrał, czy poraniony brat zabił swego ojca, czy może Melir nie uwierzył w pokrewieństwo i zgładził młodszego mężczyznę. Tak czy owak, jeden z nich był już martwy i Thargar z tego powodu czuł niewyobrażalną radość.
Zerknął na matkę, która przebudziwszy się, nie spuszczała z niego wzroku. Wyglądała dziś lepiej niż kilka dni temu, chociaż minie jeszcze kilka miesięcy nim będzie w pełni sprawa.
– Jak się czujesz? – zapytał.
– Bywało lepiej – wychrypiała. Usiłowała podnieść się na poduszkach, ale ruch ten spowodował, że rozbolało ją całe ciało. Zaklęła głośno, a Thargar tylko się jej przyglądał.
– Przyślę jakąś kobietę, by pomogła ci się ogarnąć. – Smok krytycznym wzrokiem omiótł postać matki, jej rozwichrzoną fryzurę, naznaczoną bliznami skórę i zdeformowaną twarz. Szczególnie brak prawego oka zwracał na siebie uwagę.
– Ty mógłbyś mi pomóc – zasyczała w odpowiedzi. – Jesteś moim synem.
– Oczywiście, ale nie jestem twoim niewolnikiem! – odwarknął. – Nie urodziłem się, by ci służyć. – Mężczyzna ruszył do drzwi. W progu jeszcze zatrzymał się i spojrzał na rodzicielkę. – Pomyśl zakrywaniu twarzy, budzisz obrzydzenie, paradując z pustym oczodołem.
– Niewdzięcznik! – wrzasnęła. – Poświęciłam ci całe życie, a ty tak mi się odpłacasz?!
– To twoja wina, tak mnie wychowałaś. Kazałaś mi traktować wszystkie kobiety równo, to właśnie robię. Jesteś moją matką, więc okażę ci trochę więcej cierpliwości, ale nie licz na litość i miłosierdzie.
Kharina stała na dziedzińcu zamku w Querm, patrząc jak czarny smok ląduje na gładkich kamieniach. Łuski bestii błyszczały w słońcu, nadając mu groźniejszy wygląd. Baronowa uśmiechnęła się mimowolnie. To był jej smok, jej ukochana bestia, jej mąż. Większość osób uciekało z przestrachem na sam jego widok, pozostali tracili rezon na dźwięk jego głosu. Ona nigdy się go nie bała. Od pierwszej chwili budził w niej fascynację, nie strach. Trochę czasu zajęło jej zdobycie serca poważnego lorda, jednak teraz należał tylko do niej i nie zamierzała z niego rezygnować.
Na grzbiecie smoka siedziała drobna postać. Kobieta tak łudząco podobna do baronowej Querm, że ktoś niewtajemniczony z łatwością mógł obie kobiety pomylić. Niewiasta z zaskakującą lekkością zsunęła się z grzbietu bestii i ruszyła przez dziedziniec ku Kharinie. Miała identyczne rysy twarzy, ten sam zadarty nosek i pełne usta. Kruczoczarne włosy identycznie, jak ku baronowej spływały jej po plecach. Szmaragdowe oczy nie spuszczały wzroku z gospodyni.
– Rilla. – Kharina pierwsza wyciągnęła ręce i przybyła rzuciła się jej w ramiona.
– Stęskniłam się za tobą. – Siostra nie próbowała nawet ukryć wzruszenia. – Mam wrażenie, że nie widziałam cię całe wieki.
– Myślę, że tę kwestię, mamy już za sobą. – Baronowa ucałowała policzek Rilly. – Minęło raptem kilka miesięcy.
Przybyła raz jeszcze uścisnęła siostrę. Dawno temu, oszukane przez człowieka Tollesto, straciły dom i rodzinę. Rilla została uwięziona przez demony, a Kharina spędziła życie, włócząc się po smoczym królestwie, zadręczając się przeszłością, poszukując sposobu na uwolnienie bliźniaczki.
Kharina odsunęła się od siostry i przyjrzała się jej uważnie. Sądziła, że koszmar skończył się wraz z opuszczeniem jaskini, była jednak w błędzie, dla Rilly on ciągle trwał.
– Pięknie wyglądasz. – Rilla szybko zmieniła temat. Dziedziniec zamkowy to nie miejsce na rozdrapywanie starych ran. – Macierzyństwo ci służy. Jak się ma mój siostrzeniec?
Kharina zaśmiała się głośno, jej twarz rozpromieniła, gdy tylko zaczęli mówić o dziecku.
– Wprost doskonale, opiekunki twierdzą, że dawno nie widziały tak silnego malca. Ma ogromny apetyt i przysięgam, że rośnie w oczach. – Kharina mrugnęła figlarnie do siostry.
Za plecami kobiet Quinkel porzucił już smocze wcielenie i na powrót stał się człowiekiem.
– Quemar jest idealny. – Dołożył swoje baron. Lord stanął między żoną, a szwagierką. – Sama zobaczysz.
– Już się nie mogę doczekać. – Ujęła ramię Quinkela i pozwoliła wprowadzić się do zamku. Querm było niewielką warownią. Żadną miarą nie mogło dorównać rozmachem stolicy, jednak było samowystarczalne i bardzo urokliwe. Chronione przez niewielką armię, zapewniało bezpieczne życie jego mieszkańcom. Wszystko to przypominało jej dom rodzinny i prawie natychmiast ból przeszył jej pierś, a jakiś wredny głos zasugerował: odebrała ci ich, rodziców. Wiesz, że to prawda, to ona sprowadziła do domu zdrajcę, to z jej powodu zginęli twoi bliscy.
Zamilcz! W myślach usiłowała uciszyć natrętny głos. To moja siostra, kocham ją, a ona mnie. Kharina nigdy by mnie nie skrzywdziła.
A jednak wyrwała ci serce i oddała cię w nasze ręce.
Rilla zagryzła wargi. Nie miała odwagi odpowiedzieć na to oskarżenie. Musiałaby przyznać, że Kharina działała zbyt gwałtownie, że mogła wybrać inny sposób na ocalenie siostry. Z drugiej jednak strony, dobrze wiedziała, że ten brutalny czyn uchronił jej duszę przed pożarciem.
– Rillo, poznaj swojego siostrzeńca. – Głos siostry wyrwał ją z zamyślenia.
Zamrugała zaskoczona. Zajęta własnymi myślami nie zauważyła, kiedy dotarli do komnaty małego lorda.
Chłopiec leżał w ogromnej kołysce, ale i tak wypełniał ją prawie całkowicie. Spał w najlepsze, rączki miał uniesione nad główką i wyraz błogości na twarzy. Gęste ciemne włoski opadały mu na czoło. Choć miał zaledwie kilka miesięcy, proporcje ciała już zdradzały, że będzie smoczym wybrańcem.
– Jest wspaniały – szepnęła z zachwytem. Łzy wzruszenia wypełniły jej oczy. – Rodzice byliby z ciebie tacy dumni, z was obojga – dodała, widząc, że baron pęcznieje z dumy.
W odpowiedzi Kharina uściskała ją mocno.
– Dziękuję, siostrzyczko. Nie było łatwo urodzić tego smoka, ale wychowywanie go to już prawdziwa przyjemność.
Rilla pochyliła się nad dzieckiem i ostrożnie dotknęła miękkich włosów. Łzy wypełniły jej oczy i musiała zamrugać kilkakrotnie, by nie rozpłakać się przy siostrze. Widok małego lorda napawał ją szczęściem, niestety, w jej sercu szybko zakiełkowało jeszcze inne uczucie, które nie miało nic wspólnego z miłością – zazdrość. Niczym podstępna żmija wyjrzała z zakamarków duszy. Zazdrościła siostrze jej szczęścia, męża, dziecka, a to już było drogą ku zgubie. Już raz Rilla weszła na tę ścieżkę i nie zamierzała ponownie zatracić się w szaleństwie. Zbyt wielką cenę zapłaciła za pragnienie miłości.
Baron chrząknął lekko zakłopotany wzruszeniem szwagierki. Puścił porozumiewawcze spojrzenie żonie i cichutko wymknął się z komnaty.
– Rillo, czy wszystko w porządku? – Zaniepokojenie wkradło się do głosu Khariny. Nie była ślepa, drżące dłonie siostry i jej łzy mówiły same za siebie.
Kobieta odsunęła się od łóżeczka małego lorda, jednak dopiero, kiedy puściła brzeg kołyski, zdała sobie sprawę, że drżała na całym ciele. Usiłowała się uśmiechnąć, rzucić coś niezobowiązującego, jednak z ust nie wydobył się żaden dźwięk. Bliźniaczka nie spuszczała z niej wzroku i na nieszczęście Rilly, Kharina potrafiła być uważnym obserwatorem.
– Usiądźmy. – Siostra złapała ją pod ramię i poprowadziła do stołu. Posadziwszy w fotelu, wlepiła w nią uważne spojrzenie. – A teraz mów, zaczynam martwić się o ciebie. Wiem, że Quemar jest bardzo uroczy i wiele osób widząc go po raz pierwszy ma łzy w oczach, jednak ty trzęsiesz się, jakbyś miała zemdleć.
– To nic takiego, tylko wspomnienia – skłamała.
– Z domu rodzinnego, czy... – Kharina nie dokończyła. Obie wiedziały, że miała na myśli demony. Zaraz po uwolnieniu przyrzekły sobie, że nigdy więcej nie wrócą do tamtych zdarzeń i zapomną o bestiach mieszkających w górach. Gdyby tylko było to takie proste.
– Myślałam o domu rodzinnym. – Rilla utkwiła spojrzenie w swoich dłoniach. Strach i przerażenie stopniowo ją opuszczał. – Zastanawiałaś się czasem, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdybym...
– Nie mów tego. – Kharina złapała siostrę za rękę i nie pozwoliła dokończyć. – Nie możesz się tak zadręczać. Do niczego dobrego cię to nie doprowadzi. Wiem, co mówię. Przez prawie dwa wieki włóczyłam się po Kirragonii, wyrzucając sobie, jak bardzo wszystkich zawiodłam, przeklinając, że tak późno zorientowałam się, jaką podłą świnią był Karel. Wyłam po nocach, zastanawiając się, czy mogłam przewidzieć, jego kroki i ocalić rodziców, ocalić cię.
– Ja też ciągle o tym myślę.
– On od początku chciał nas zniszczyć. – Mięśnie na twarzy Khariny stężały w ułamku sekundy, jej głos stał się niższy.
– Nie chodziło mu o mnie, czy ciebie, tylko o całą naszą rodzinę. Karel miał zniszczyć ród wer Sahmar, by pokazać innym mieszkańcom północy, jak kończą ci, którzy sprzeciwiają się woli Tollesto.
Rilla uśmiechnęła się przez łzy.
– Marna to pociecha, zwłaszcza kiedy się wie, iż obie przyłożyłyśmy do tego ręce.
– Przetrwałyśmy, nadal chodzimy po smoczej ziemi, zaś hrabia Tollesto i Karel dawno odeszli do krainy zmarłych.
– Chciałabym tam wrócić, zobaczyć... – Rilla utkwiła w siostrze błagalne spojrzenie.
– Nie. – Kharina wyprostowała się gwałtownie. – Tam nic nie ma. Tylko ruiny i łzy.
– To był nasz dom. – Rilla nie ustępowała. – Nie mogę przestać o nim myśleć. Kiedy go opuszczałam, jeszcze istniał, rodzice żyli, a teraz... Nie mam nic.
– Masz mnie, Quemara i Quinkela, choć nim nie będę się dzielić. W Querm zawsze będziesz mile widziana. Jeśli tylko zechcesz, to może być twój dom. – W spojrzeniu Khariny było tyle nadziei, że Rilla poczuła się winna, iż nie myślała tak jak siostra.
– Dziękuję, to miłe. Nie sądź, że jestem niewdzięczna, ale chciałbym mieć swój własny dom, swój kawałek nieba, swoje życie.
– Odzyskałaś już swoje życie, jesteś wolna! – Kharina ścisnęła lekko palce siostry. – Nie jesteś szczęśliwa na dworze, czegoś ci tam brakuje, sądziłam, że królowa otoczyła cię opieką?
– Jest wspaniale. – Rilla potrząsnęła głową. – Jej Wysokość to bardzo niezwykła osoba, wyrozumiała, troskliwa. Niestety, ja tam nie pasuję, nie odnajduję się już w towarzystwie trajkoczących dwórek. One są takie płochliwe, takie naiwne, takie niedoświadczone, a ja... – przerwała, szukając odpowiednich słów.
– Zbyt wiele przeżyłaś, by odnajdywać rozkosz w dworskich flirtach i balach. – Dokończyła za nią Kharina. – Och, siostrzyczko, tak bardzo mi przykro. Nie miałam pojęcia jak ciężko ci samej w stolicy. Myślałam, że dworski rozgardiasz, pomoże ci zapomnieć, widać jednak myliłam się.
– Kharino, ja nigdy nie zapomnę. Z czasem nauczę się z tym żyć, ale nigdy nie zapomnę. Straciłam życie, serce, wspomnienia, a najważniejsze, utraciłam cię. Potwory, żywiące się ludzkim strachem, przejęły nade mną kontrolę. Zamknęłaś je w skale, ale one nigdy nie przestały szeptać, nigdy nie przestały pożądać mej duszy. Nie, siostro, ja nigdy nie zapomnę. Zasypiam, czując ich smród w nozdrzach, budzę się, czując dotyk ich śliskich rąk na skórze. One nigdy nie odejdą.