czwartek, 23 listopada 2017

Abadon - Rozdział 4_epizod 2



Wróciły do kawiarni ponurych nastrojach. Po drodze niewiele ze sobą rozmawiały, być może zastanawiały się jak wybrnąć z sytuacji, a może zwyczajnie, półprawdy, którymi karmiły się przez lata, teraz zaczynały im ciążyć. Nie zadzwoniły na policję, nie zgłosiły zaginięcia przyjaciółki.
Promyk Słońca ciągle był zamknięty i żadne znaki na niebie nie wskazywały, że dziś otworzy swoje podwoje dla turystów. Emma usiadła w kącie kawiarni, sadowiąc się w swoim ulubionym, miękkim, wiklinowym fotelu. W jej głowie ciągle jeszcze wirowały makabryczne obrazy, starała się jednak otrząsnąć i myśleć logicznie.
Zamiast płakać i histeryzować przyglądała się przyjaciółce, która szybkim krokiem przemierzała odległość między ladą a drzwiami. Wzburzenie pomieszane z lękiem malowało się na jej pogodnej zazwyczaj twarzy.
– Powiesz mi wreszcie, kim jesteś i co właściwie widziałyśmy w mieszkaniu Karoliny? – Emma zdecydowała się wypowiedzieć nurtujące ją pytania, kiedy Gosia przystanęła na chwilkę.
– Ty również nie powiedziałaś mi wszystkiego o sobie! – Przyjaciółka pogroziła jej palcem. Emma zbyła ją machnięciem ręki.
– Zapewniam cię, że w moim życiu nie ma nic ekscytującego. Jest, można rzec: śmiertelnie nudne. Żadnych czarów, krwi, palonych mebli i cholera jeszcze wie czego. Zwyczajna szara codzienność, tyle że trwająca niezwykle długo. Kim jest Karolina i dlaczego jej dom wygląda, jakby stado potworów z piekła rodem, zrobiło sobie w nim piknik? Nie zapomnij też wyjaśnić, kim ty jesteś i jaką magią się posługujesz?
Na czole Gosi pojawiła się pionowa zmarszczka. Stała ledwie kilka kroków od Emmy. Powoli wciągnęła powietrze do płuc. Była zaszokowana, że przyjaciółka tak łatwo ją rozszyfrowała. Ta zaś uśmiechnęła się smutno.
– Zawsze wiedziałam, że jesteś inna, powietrze wokół ciebie naładowane jest elektrycznością, a kiedy myślisz, że nikt tego nie widzi, przesuwasz przedmioty myślami, a może czarami, sama nie wiem.
– Wiedźma, tak się mówi na takie, jak ja. – Gosia powoli wymawiała słowa, jakby obawiała się, że spadnie na nią grom z jasnego nieba, za przyznanie się do inności.
Emma skinęła głową.
– Tak myślałam, a Karola? Ona również jest wiedźmą?
– W żadnym wypadku. – Gosia zamachała gwałtownie rękoma. – Ona jest kimś... Innym. Nie wiem, czy mogę mówić o tym głośno. – Wyraźnie wahała się co powiedzieć.
– Daruj sobie tajemnice. – Na twarzy Emmy odmalowało się oburzenie. – Byłam tam, widziałam krwawe pobojowisko, czymkolwiek to było. Chcę tylko wiedzieć, czy jej nic nie grozi, czy żyje? – Ostatnie słowa wymówiła pospiesznie.
– Żyje, nie wyczułam obecności śmierci, on nie miał z tym nic wspólnego.
– Jaki znowu on? – Emma podniosła się gwałtownie z fotela i podeszła do przyjaciółki. – Cały czas o kimś mówisz, tylko nigdy nie wypowiadasz jego imienia. Kim on do cholery jest?
– Posłaniec śmierci, a któż by inny?
– Co ty mówisz? Jaki znowu posłaniec? Przecież to bzdura, którą księża karmią maluczkich.
– Rozczaruję cię, kochana, ale to żadne bajki. Nikt z tego świata nie odchodzi bez jego wiedzy i zgody. Czasem można trafić na jego pomocników, ale zazwyczaj skurwiel potrafi być jednocześnie w kilku miejscach naraz.
Z twarzy Emmy odpłynęły wszelkie kolory. Myśli w głowie gnały jak szalone.
– Czy umierający go widzą?
– Nie wiem, nigdy nie umierałam, zresztą jakie to ma znaczenie?
Emma nie odpowiedziała, bolesne wspomnienia, które z taką pieczołowitością chowała w zakamarkach duszy, zaczęły wypływać na powierzchnię. Czy to był właśnie on? Nieznajomy, nawiedzający jej sny? Czy faktycznie tam był? I stał jak gdyby nigdy nic, patrząc na śmierć Grace i jej córek? Czy przyłożył do tego rękę? Jeśli tak, to był skurwielem jakich mało.
– W mieszkaniu Karoliny śmierdziało magią, paskudną, czarną, najgorszą z możliwych, nie mam pojęcia, kto to zrobił, wiem jednak, że cholernie dobrze się na tym znał, a ona broniła się. – Gosia kontynuowała, nie zauważając, jak wielkie poruszenie wywarły na przyjaciółce jej wcześniejsze słowa.
– Skąd ta pewność? – Emma potarła dłonią czoło, ból głowy powrócił.
Wiedźma nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle drzwi do kawiarni otwarły się z hukiem, a w progu stanął wysoki mężczyzna. Chłód bijący z jego ciemnych oczu i zimno otaczające jego postać sprawiły, że kobiety zamarły. Abadon, siewca śmierci wkroczył do kawiarni, jakby była to jego własność. Oparł dłonie na biodrach i uśmiechnął się triumfująco, choć nie było nic przyjemnego w jego uśmiechu.
– Mówiłem, że żadne pierdolone kręgi mocy nie utrzymają mnie z daleka.
Z ust Gosi wydobył się tylko zduszony jęk. Odruchowo cofnęła się o krok, uderzając przy okazji plecami o ladę. Emma była bardziej zdeterminowana. Wyraźnie wyczuwała ciemność krążącą wokół nieznajomego, łudząco podobną do tej, którą zastały w mieszkaniu Karoliny.  Koszmarne wspomnienia i strach o przyjaciółkę, spowodował, że rzuciła się z pięściami na przybysza.
– Ty draniu, co z nią zrobiłeś?! – wrzeszczała, raz za razem uderzając mężczyznę. Między prawdą a bogiem niewiele mogła mu zrobić. Dużo wyższy od niej, solidnie zbudowany, mięśnie miał jak skała. Jej wysyłki upodobniały ją do myszy usiłującej ugryźć kota. A to on był tutaj drapieżnikiem. Mimo to nie zamierzała się poddać. – Oddawaj ją?! Słyszysz?! Oddawaj!
Trzeba mu oddać, że nie zareagował. Spokojnie czekał, aż dziewczynie minie napad złości. Nie próbował jej nawet powstrzymać. Zapewne razy zadane damskimi piąstkami nie robiły na nim żadnego wrażenia.
Kiedy Emma się zmęczyła, chwycił ją za nadgarstki i unieruchomił w uścisku swoich dłoni.
– Spokojnie, złociutka, nie po ciebie przyszedłem. – Zaczął, wolno wymawiając słowa. Już miał ją puścić, gdy nagle jego nozdrza zadrgały nerwowo, jakiś mroczny cień wysunął się zza pleców i zerknął na kobietę Twarz Abadona stężała w ułamku sekundy. – Kurwa! To po prostu niemożliwe! – Puścił nadgarstki Emmy, by następnie chwycić jej twarz w swoje dłonie. Zmusił ją, by spojrzała mu w oczy. – Niemożliwe! – powtórzył. – Jak to zrobiłaś!? Jak?!
– Odczep się! – syknęła bez zastanowienia. Usiłowała odepchnąć od siebie obcego, ale równie dobrze mogłaby próbować przesunąć ścianę.
– Nie widzę jej, nie mogę wyczuć... – wyrzucał z siebie słowa bez ładu i składu, całkiem ignorując wrzaski pojmanej kobiety. Tępo wpatrywał się w niewiarygodnie niebieskie oczy, nie rozumiejąc, z kim ma do czynienia. Dopiero Gosia stojąca kilka kroków za nimi, gwizdnęła głośno, przerywając tę dziwną konfrontację. Emma wykorzystała sytuację i walnęła Abadona pięścią w brzuch. Cios raczej nie był silny, ale mężczyzna puścił ją, a ona uciekła zza ladę.
– To jego miałaś na myśli, mówiąc, bym uważała? – zapytała przyjaciółkę. Nie usłyszała odpowiedzi, zresztą była zbyteczna. Namacalny dowód miała przed sobą. Nie musiałby się przedstawiać, bo zdradzała go mroczna aura. Ciemne, sięgające ramion włosy, kilkudniowy zarost i spojrzenie czarnych jak noc oczu, mówiło aż nadto dużo o charakterze mężczyzny. Emma nie była tchórzem, ale po ostatniej nocy, po tym, jak siewca śmierci wprosił się do jej wspomnień, mając w pamięci, co zastała w sypialni Karoliny, cała dygotała.
– Kim jesteś i czego od nas chcesz? – Trzęsąc się jak w febrze, zapytała. Przybysz choć opuścił dłonie, nie spuszczał z niej wzroku. Lustrował jej twarz, dłonie ciało, usiłując dotrzeć coś, czego dawno tam nie było. Nie odpowiedział na zadane pytanie, ale to raczej nikogo nie zdziwiło.
– Skoro nie chcesz mówić, to się stąd wynoś? – W Emmie obudziła się złość. Wyszła zza lady, stanęła obok Gosi i z dumnie uniesioną głową zerkała na anioła. Cholera wie, czy naprawdę nim był. Miała już z nimi do czynienia i po prawdzie ten tutaj wyglądał jej prędzej na gościa z piekielnym życiorysem niż posłańca niebios.
– Nie może, ma zadanie do wykonania. Nie odejdzie, póki go nie wypełni. – Krępującą ciszę przerwała wiedźma.
– Jakie do cholery zadanie? – Emma zerkała to na obcego, to na przyjaciółkę. – Ty go znasz?
– To Abadon, anioł śmierci, mówiłam ci. Mroczny żniwiarz, ten, który odbiera życie i odsyła duszę na sąd ostateczny. – Na twarzy Gosi pojawił się smutny uśmiech.
Emma musiała chwycić się przyjaciółki, by nie upaść. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Wspomnienia nabrały sensu, stały się wyraźniejsze. Teraz już miała pewność. On tam był przez cały ten czas, tylko wcześniej nie potrafiła go dostrzec. Śmierć w najczystszej postaci, mroczna, niedostępna, z mieczem ociekającym krwią.
Abadon ciągle się jej przyglądał, przewiercał spojrzeniem, mimo to, kiedy odezwał się, jego słowa skierowane były do wiedźmy.
– Gdzie ona jest? I lepiej mnie nie okłamuj.
– Kto? To znaczy, że nie przyszedłeś po mnie? – Na twarzy Gosi odmalowała się ulga, widać spodziewała, że anioł wyciągnie miecz i tu i teraz zetnie jej głowę. – Skoro nie jesteś tu z mojego powodu, czy Emmy, to...
– Nie lubię strzępić języka po próżnicy. Powiedzcie, gdzie ukrywa się diabelskie nasienie i zniknę.
– Diabelskie co? – Emma ścisnęła mocniej ramię przyjaciółki. – Czy on powiedział?
– To nie sprawa dla was, wydajcie mi waszą kumpelę, a zabiorę ją do jej rodziny i wszyscy będą szczęśliwi.
– Szczęśliwi? – Emma aż prychnęła ze złości. – Wpadasz tu bez zaproszenia, zastraszasz, usiłujesz zabić naszą przyjaciółkę i jeszcze mówisz, że tak będzie...
– Ona zniknęła, uprowadzono ją. – Gosia pospiesznie weszła w słowo, Emmie, w przeciwnym razie, kto wie, co jeszcze mogłaby powiedzieć. – Jej mieszkanie zostało zdemolowane przez istoty władające czarną magią. Nie wiem, kto ją zabrał, wiem tylko, że się broniła. Dlaczego powiedziałeś, że chcesz zabrać ją do rodziny? Nie na tym polega twoja praca.
Z piersi Abadona wydobył się niski warkot. Mężczyzna obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. W progu jeszcze się zatrzymał. Zerknął przez ramię na obie kobiety.
– W kwestii formalnej, ja nie grożę i nie straszę, nie muszę. Pamiętam każdą osobę, której życie zakończyłem, ciebie błękitnooka nie było na mojej liście. Będziesz musiała mi się z tego wytłumaczyć.

Abadon_Rozdział 4_epizod 1



Obudziła się z bólem głowy, tak silnym, że zjedzona wieczorem kolacja, przy każdym ruchu podchodziła jej do gardła. Ostatniej nocy niewiele spała, wspomnienia z dzieciństwa nieustannie nawiedzały jej umysł. Co gorsza, był w nich również nieznajomy, którego widziała przed kawiarnią. Ubrany na czarno, trzymał w dłoni ociekający krwią miecz. Kruczoczarne skrzydła złowieszczo unosiły się za jego plecami. Mężczyzna z posępną miną przyglądał się martwym ciałom leżącym na podłodze. Nie zareagował, nawet gdy włamywacz wycelował z pistoletu w pierś małej dziewczynki.
Na dworze ledwie zaczynało świtać, kiedy Emma nalewała kawy do kubka. Usiadła przy stole, zaplatając place na porcelanie. Mocny aromat gorącego napoju szybko wypełnił pokój, ale ona tego nie czuła. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w ścianę. W jej głowie wirowała jedna myśl: nie było go tam, nie było go tam.
To przecież niemożliwe. Tyle że posępny mężczyzna o chmurnym spojrzeniu wkradł się do jej wspomnień i nie mogła go z nich wyrzucić.
Potrząsnęła głową, ale na nic się to zdało.
– Wynocha! – warknęła, na próżno. Za każdym razem, kiedy zamykała oczy, scena sprzed lat, niczym złośliwy chichot losu, powracała, a wraz z nią, nieznajomy.
Dwie godziny później, nieco uspokojona, zaopatrzona w tabletki przeciwbólowe, stanęła przed drzwiami kawiarni. Te od zaplecza były zamknięte, co ją bardzo zdziwiło, gdyż Karola zazwyczaj przychodziła dużo wcześniej. Sięgnęła do torebki w poszukiwaniu klucza, gdy za jej plecami rozległy się szybkie kroki. Nawet bez odwracania się wiedziała, że to Gosia.
– Co, zamknięte? Gdzie Karolina?
– Chyba jeszcze nie przyszła.
– Telefonu też nie odbiera.
Emma przekręciła klucz, nacisnęła klamkę, ale nie otworzyła jednak drzwi. Z lekkim niepokojem zerknęła na przyjaciółkę.
– Dzwoniłaś do niej dzisiaj? Ile razy? – Obie wiedziały, że Karola zawsze odbierała, a kiedy nie mogła, przysyłała wiadomość.
– Wystarczająco dużo, by się wkurzyła.
– Nie przypominam sobie, by mówiła, że miała jakieś plany na wczorajszy wieczór.  - Emma poczuła lekkie zaniepokojenie, ale to Gosia wyglądała na prawdziwie zdenerwowaną. Pobladła na twarzy, usta jej zsiniały. Nie minęła chwila, a chwyciła Emmę za rękę i pociągnęła do tyłu.
– Musimy do niej pojechać, teraz, zaraz. – Głos Gosi był zmieniony ze zdenerwowania.
– No coś, ty, nie panikujmy, pewnie zaraz się zjawi. – Emma usiłowała jeszcze bagatelizować sprawę, ale przyjaciółka szarpała ją coraz mocniej.
– Nie mamy czasu do stracenia. Karolina może być w ogromnym niebezpieczeństwie. Jeśli wpadł na jej trop... – sapała, z trudem wymawiając słowa. – Chociaż to prawie niemożliwe, przecież nie przybył tu dla niej.
– Kto? – Emmie również udzieliło się zdenerwowanie.
Gosia przełknęła ślinę, wyraźnie wahała się, czy odpowiedzieć.
– Mężczyzna, którego pokazywałam ci kilka dni temu, możliwe, że on...
– Chyba przesadzasz. – Emma przerwała jej machnięciem ręki. – Owszem wyglądał dość niezwykle, może nawet groźnie. Nie oznacza to jednak, że coś zrobił naszej przyjaciółce? – Jej głos drżał odrobinę jakby na wspomnienie nocnych majaków.
Gosia nie słuchała wyjaśnień Emmy, pociągnęła przyjaciółkę do samochodu i nie zwracając uwagi na jej protesty, wepchnęła do środka. Dwadzieścia minut później, po iście szatańskiej jeździe i złamaniu co najmniej kilku przepisów kodeksu drogowego, zaparkowała swoją brykę pod kamienicą, w której mieszkała Karola.
Szary budynek wyglądał, jakby był przeznaczony do rozbiórki. Straszył nie tylko odpadającym tynkiem, spróchniałymi oknami i smrodem szczyn pijaczków, którzy postanowili ulżyć pęcherzowi w drodze po kolejne piwo. Sprawiał wrażenie totalnie opuszczonego, aż dziw brał, że wszystkie mieszkania były wynajęte. Podwórze wyglądało jeszcze koszmarniej, natomiast klatki schodowe były tak ponure, że każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, uciekał z tego miejsca. Karolina mieszkała tu od wielu lat i ani myślała się wyprowadzać, mroczny lub jak kto woli zatęchły styl kamienicy wcale jej nie przeszkadzał.
Ciężko dysząc, wbiegły na drugie piętro. Brązowa farba odłaziła płatami od drzwi mieszkania numer siedem, kołatka ledwie się ich trzymała. Emma uniosła rękę, by zapukać, ale widząc przerażoną twarz Gosi, zawahała się.
– Co znowu? – Normalnie pewnie by spytała, czy przyjaciółka dobrze się czuje, widząc jednak jej iskrzące spojrzenie, mogła śmiało założyć, że rudowłosa pozwoliła wypłynąć na wierzch swojej magii. Powietrze naelektryzowało się już nieznacznie wokół nich, natomiast Gosia w ułamku sekundy przestała wyglądać zwyczajnie i zmieniła się w czarownicę.
– Uważaj – szepnęła tylko, a jej przejmujący głos sprawił, że Emmie ciarki przeszły po plecach, mimo to nacisnęła klamkę i chociaż oczekiwała, że drzwi nawet nie drgną, te ustąpiły bez oporu. Nie były zamknięte na klucz. Już samo to było dziwne. Karola miała obsesję na punkcie bezpieczeństwa.
– Karolka! Jesteś tu! – zawołała Emma z całych sił, ledwie przekroczyły próg mieszkania. W przedsionku było zupełnie ciemno, co biorąc pod uwagę porę dnia, było zaskakujące. Odpowiedziała im cisza. Z głębi domostwa nie dobiegał żaden dźwięk, za to ciemności coś wisiało, mrocznego i gęstego, a przynajmniej tak się Emmie zdawało.
Idąc po omacku, pełna zły przeczuć weszła do salonu i natychmiast stanęła jak wryta. Nie taki widok spodziewała się ujrzeć. Wszystkie meble były poprzewracane, większość całkowicie zniszczona, nadpalona lub połamana. Kwiaty wyrwane z doniczek i rozgniecione na miazgę. Potłuczone naczynia kuchenne, walały się na kafelkach. Pokój wyglądał, jakby przetoczyło się przez niego tornado. Najgorzej prezentowały się jednak ściany. W wielu miejscach farba odpadła razem z tynkiem, coś smolistego i gęstego skapywało z sufitu, ściekało po ścianach. Wiele desek w podłodze nosiło ślady ognia. Tylko okna i koronkowe zasłonki, z takim mozołem wyszukiwane przez Karę na pchlich targach, były na swoich miejscach. Całkowicie nietknięte, jakby niszczycielska siła, która szalała w mieszkaniu, ich nie dotknęła.
– Co tu się stało! – Z ust Emmy wyrwał się jęk. Ledwie ogarniała wzrokiem ogrom zniszczenia, choć i tak nie pojmowała, tego, co widziała. Chciała rzucić się przed siebie i przetrząsnąć porozrzucane meble w poszukiwaniu przyjaciółki, ale Gosia ścisnęła mocno jej palce.
– Zostań na miejscu! Niczego nie dotykaj. Niech ci to nawet nie przejdzie przez głowę – rzuciła ostrzegawczo. Nie spoglądała na zdewastowany pokój, tylko na Emmę.
– Zwariowałaś?! Karolina, ona gdzieś jest w tym bałaganie. Musimy ją znaleźć, może w sypialni? Gosia jeszcze mocniej ścisnęła dłoń przyjaciółki.
– Za późno, zrozum. Spóźniłyśmy się, jej już tu nie ma. Zabrano ją stąd i my również powinnyśmy opuścić to miejsce.
– Co ty wygadujesz?! – Emma usiłowała jeszcze protestować, ale Gosia pociągnęła ją do wyjścia.
– Uwierz mi, że jeśli dotkniesz czegokolwiek w tym pokoju, będziesz żałować tego do końca życia, a ja razem z tobą. Są sprawy, o których istnieniu nawet nie masz pojęcia i lepiej byś nigdy ich nie poznała. Lepiej wróćmy do kawiarni i w spokoju zastanówmy się, co dalej zrobić?
Emma zmrużyła oczy. Ten, kto odpowiadał za zniszczenie mieszkania Karolki, znał się na robocie. Ta masakra nie była przypadkowa, lecz celowo zaplanowana. Może i panował tu nieład, ale były też ślady rytuałów, a to zalatywało nadnaturalnymi istotami. Kiedyś już spotkała takie i wcale nie miała ochoty na powtórkę.
– Będziesz musiała opowiedzieć mi na kilka niewygodnych pytań, nie mam ochoty przymykać więcej oczu na dziwne rzeczy, które cię otaczają.
Przyjaciółka ledwie dostrzegalnie wzruszyła ramionami.
– Przyganiał kocioł garnkowi. Możliwe, że nadszedł czas na szczerą rozmowę. Ale ty również będziesz musiała być ze mną szczera. Gdybyś była człowiekiem, nie dostrzegłabyś niczego niezwykłego w tym mieszkaniu. Zatem nie jesteś śmiertelna i chyba to przede mną ukryłaś.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Abadon - Rozdział 3_epizod 2



Przez resztę dnia i większość nocy dumał jak złamać zaklęcie wiedźmy. Odwiedził nawet bibliotekę Wydziału Teologicznego na Ostrowie Tumskim, gdzie szukał jakichkolwiek sposobów na zniszczenie magii wiedźm. Na nieszczęście czarownicy, Poznań posiadał Arcybiskupie Seminarium Duchowne, a co za tym idzie, potężną bibliotekę. Co prawda, do większości zbiorów klerycy nie mieli dostępu, ale Abadon nie był seminarzystą, czy nawet księdzem. Wchodził gdzie chciał i kiedy chciał. Niewidzialność była dodatkowym atutem. Interesowały go zapiski z wczesnego średniowiecza, zwłaszcza te, opisujące rytuały czarodziejskie, sposoby wykrywania i neutralizowania magii. Przeczytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce, nic jednak nawet odrobinę nie przypominało, tego, czego doświadczył przed kawiarnią.
Cholernie frustrujące, zwłaszcza gdy jesteś aniołem śmierci i żadne drzwi nie powinny być dla ciebie zamknięte. Im dłużej szukał, tym bardziej był zdesperowany i przekonany, że musi złamać urok. Nim nadszedł świt wyciągnięcie diablicy spod ochrony wiedźmy, stało się dla niego sprawą cholernie osobistą. Od setek lat nie czuł takiej ekscytacji i radości na myśl o ponownym spotkaniu z kobietami.
Koło szesnastej był już na starym rynku. W „Promyczku” tłoczno było od gości. Sporo osób siedziało przy stolikach, zajadając się lodami, ciasteczkami, deserami i innymi słodkościami. Jeszcze więcej stało w kolejce, by wejść do lokalu. Abadon zrobił krok w kierunku kawiarni i natychmiast poczuł znajomy ucisk w głowie. Jego nogi momentalnie stały się ciężkie, a myśli splątane.
Anioł sięgnął do kieszeni, palce natrafiły na dwie fiolki. W pierwszej była woda święcona, w drugiej sporządzony przez niego magiczny wywar. Nie wierzył, by poświęcona woda, mogła złamać zaklęcie, na wszelki wypadek zabrał jednak ze sobą jej zagęszczony ekstrakt – ten najprawdziwszy, pochodzący z Concory i uświęcony dotykiem Boga. Woda, którą na ziemi uważano za poświęconą, nie miała nic wspólnego z siłą tej, którą obdarowano przed wiekami ludzkość.
Abadon wsunął flakonik z powrotem do kieszeni, swoją uwagę skupił na drugiej buteleczce. Chlupoczący w niej płyn miał gęstą konsystencję, zaś kolorem przypominał błoto, podobnie również pachniał. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia, liczyła się moc pulsująca w miksturze. Odnalezienie w poznańskich zielarniach i sklepach z artykułami dla osób fascynujących się bioenergoterapią i innymi podobnymi bzdurami potrzebnych składników zajęło mu cały ranek. Kolejnych kilka godzin poświęcił na przygotowanie eliksiru. Na koniec wzmocnił go nieco swoją magią i tak przygotowany ekstrakt zabrał na spotkanie z magią wiedźmy.
Popatrzył podejrzliwie na miksturę.
– No to do dzieła, pokaż, co potrafisz. – Odkorkował butelkę i nim silny aromat rozpłynął się w powietrzu, wylał jej zawartość na chodnik. Poczuł zaledwie lekkie muśnięcie magii, coś jakby odpowiedź na jego żałosne wysiłki. Zapora jednak nie drgnęła, trwała nieprzerwanie na swoim miejscu, drwiąc sobie z niego.
Abadon przeklął w myślach, tego się nie spodziewał, choć liczył się z przegraną. Warząc eliksir nie zakładał, że złamie zaklęcie, sądził jednak, że odczuje silniejsze wibracje, że wyraźnie dane mu będzie dostrzec, którędy biegnie magiczny krąg, że po drganiach i zapachu rozpozna jego elementy, oraz że dzięki tym doznaniom stworzy nowy wywar. Tymczasem nie wyczuł nic, żadna magia nie uniosła się wokół niego, nawet nie zakręciło go w nosie.
– Ciekawe. – Na swój sposób było to intrygujące. – Nie wiem, kim jesteś czarownico, ale muszę przyznać, że już dawno nikt nie wywołał u mnie takiego zaciekawienia. – Abadon cofnął się o krok, chowając w podcienia sąsiedniej kamienicy.
Wiedźma wyszła z kawiarni. Trzymała w ręku tacę zastawioną pucharkami wypełnionymi lodami, bitą śmietaną i owocami. Nie podeszła jednak do żadnego ze stolików, tylko czujnym wzrokiem zaczęła przeszukiwać sąsiednie ogródki, zerkała na spacerowiczów i klientów kawiarni. Jej spojrzenie przeskakiwało między osobami krążącymi za drewnianym płotkiem, jakby chciała wyłapać tego, kto usiłował przerwać jej krąg. Musiała wyczuć próbę wtargnięcia i teraz szukała winnego.
Abadon zmrużył oczy, w napięciu czekał, aż spojrzy na niego. Chciał zobaczyć jej reakcję, nacieszyć się jej strachem i przerażeniem. Wszystkie magiczne istoty wiedziały, kim był, niezależnie od tego jak wyglądał. Śmierć sączącą się przez pory jego skóry potrafiły rozpoznać bezbłędnie.
W końcu go dostrzegła, zmierzyła wzrokiem od stóp do głów. Po jej twarzy przemknął ledwie dostrzegalny cień strachu, zachwiała się, taca, którą trzymała w dłoniach, niebezpiecznie zadrżała. Chciała się cofnąć, schować w kawiarni, ale nim zdołała zrobić krok, u jej boku pojawiła się kolejna kobieta. Była wysoka, smukła, podkoszulek i czarne szorty idealnie przylegały do ponętnych krągłości. Ciemne włosy nosiła ściągnięte w kucyk. Wszystko w niej było piękne, powabne zbyt doskonałe. Gładkiej, wręcz alabastrowej twarzy nie zdobił nawet jeden pieprzyk, nawet niteczka zmarszczki, nawet jedna drobna skaza.
– Niemożliwe. – Abadon wstrzymał oddech, jego zmysły wyostrzyły się i popłynęły ku kobiecie. – Niemożliwe. – Powtórzył. W jednej chwili zapomniał o czarownicy, magicznym kręgu i zadaniu powierzonym przez Lucyfera. Całą swoją moc, całą swoją energię skupił na ludzkiej istocie stojącej w drzwiach kawiarni. Zbyt piękna, by mogła istnieć naprawdę, zbyt idealna, czysta, krystaliczna. Na czole żniwiarza pojawiła się pionowa bruzda. Nie widział jej aury, jej mrocznego cienia, zegara odliczającego czas do śmierci. Każdy go miał, licznik tykający od chwili narodzin, wyznaczający ostateczny czas przejścia na drugą stronę. Tylko on go widział, tylko on czuł nadchodzący koniec. Dlaczego? Bo właśnie tym był, ostatecznym przeznaczeniem każdej żywej istoty. Każdej, tylko nie jej. Czy to w ogóle możliwe? Czy można uciec przez swym losem, oszukać czas?
Myśl, że komuś się udało, przeraziła go. Cofnął się o krok, potem kolejny. Nie można uciec przed śmiercią. Najwyższy dla nikogo nie uczynił wyjątku, nawet aniołowie mieli swoją datę przydatności. Dlaczego ona jej nie miała?
Odwrócił się na pięcie i nie przejmując się tym, że kobiety patrzą za nim, zniknął w tłumie spacerowiczów. Jego kroki były szybkie, ruchy zdradzały nerwowość. Zachowanie niezwykłe, jak na pozbawionego uczuć anioła.
– Kto to był? – Słowa wypłynęły z ust Emmy i sprawiły, że Gosia dosłownie podskoczyła w miejscu. W ostatniej chwili opanowała się, ratując desery, które niechybnie upadłyby na chodnik.
– Cholera. – Rudowłosa wiedźma mruczała pod nosem przekleństwa, na przyjaciółkę zdawała się nie zwracać uwagi. – On nigdy się nie odczepi. Wiedziałam, że wróci.
– Kto? Gośka, mów zaraz. – Emma chwyciła przyjaciółkę za łokieć i potrząsnęła lekko. – To ten facet, który wczoraj tak cię zdenerwował?
Przyjaciółka westchnęła ciężko i w końcu spojrzała na Emmę.
– Tak, to on.
– Jak bardzo jest niebezpieczny?
– Bardziej niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić. To śmierć w czystej postaci.
Emma nie odpowiedziała. Śmierć nie była straszna, tylko to, co po niej następowało. Nie bała się agonii, tylko samotności i pustki. Każdego dnia doświadczała tych uczuć i płakała nad swoim losem.