poniedziałek, 12 czerwca 2017

Abadon - Rozdział 3_epizod 2



Przez resztę dnia i większość nocy dumał jak złamać zaklęcie wiedźmy. Odwiedził nawet bibliotekę Wydziału Teologicznego na Ostrowie Tumskim, gdzie szukał jakichkolwiek sposobów na zniszczenie magii wiedźm. Na nieszczęście czarownicy, Poznań posiadał Arcybiskupie Seminarium Duchowne, a co za tym idzie, potężną bibliotekę. Co prawda, do większości zbiorów klerycy nie mieli dostępu, ale Abadon nie był seminarzystą, czy nawet księdzem. Wchodził gdzie chciał i kiedy chciał. Niewidzialność była dodatkowym atutem. Interesowały go zapiski z wczesnego średniowiecza, zwłaszcza te, opisujące rytuały czarodziejskie, sposoby wykrywania i neutralizowania magii. Przeczytał wszystko, co tylko wpadło mu w ręce, nic jednak nawet odrobinę nie przypominało, tego, czego doświadczył przed kawiarnią.
Cholernie frustrujące, zwłaszcza gdy jesteś aniołem śmierci i żadne drzwi nie powinny być dla ciebie zamknięte. Im dłużej szukał, tym bardziej był zdesperowany i przekonany, że musi złamać urok. Nim nadszedł świt wyciągnięcie diablicy spod ochrony wiedźmy, stało się dla niego sprawą cholernie osobistą. Od setek lat nie czuł takiej ekscytacji i radości na myśl o ponownym spotkaniu z kobietami.
Koło szesnastej był już na starym rynku. W „Promyczku” tłoczno było od gości. Sporo osób siedziało przy stolikach, zajadając się lodami, ciasteczkami, deserami i innymi słodkościami. Jeszcze więcej stało w kolejce, by wejść do lokalu. Abadon zrobił krok w kierunku kawiarni i natychmiast poczuł znajomy ucisk w głowie. Jego nogi momentalnie stały się ciężkie, a myśli splątane.
Anioł sięgnął do kieszeni, palce natrafiły na dwie fiolki. W pierwszej była woda święcona, w drugiej sporządzony przez niego magiczny wywar. Nie wierzył, by poświęcona woda, mogła złamać zaklęcie, na wszelki wypadek zabrał jednak ze sobą jej zagęszczony ekstrakt – ten najprawdziwszy, pochodzący z Concory i uświęcony dotykiem Boga. Woda, którą na ziemi uważano za poświęconą, nie miała nic wspólnego z siłą tej, którą obdarowano przed wiekami ludzkość.
Abadon wsunął flakonik z powrotem do kieszeni, swoją uwagę skupił na drugiej buteleczce. Chlupoczący w niej płyn miał gęstą konsystencję, zaś kolorem przypominał błoto, podobnie również pachniał. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia, liczyła się moc pulsująca w miksturze. Odnalezienie w poznańskich zielarniach i sklepach z artykułami dla osób fascynujących się bioenergoterapią i innymi podobnymi bzdurami potrzebnych składników zajęło mu cały ranek. Kolejnych kilka godzin poświęcił na przygotowanie eliksiru. Na koniec wzmocnił go nieco swoją magią i tak przygotowany ekstrakt zabrał na spotkanie z magią wiedźmy.
Popatrzył podejrzliwie na miksturę.
– No to do dzieła, pokaż, co potrafisz. – Odkorkował butelkę i nim silny aromat rozpłynął się w powietrzu, wylał jej zawartość na chodnik. Poczuł zaledwie lekkie muśnięcie magii, coś jakby odpowiedź na jego żałosne wysiłki. Zapora jednak nie drgnęła, trwała nieprzerwanie na swoim miejscu, drwiąc sobie z niego.
Abadon przeklął w myślach, tego się nie spodziewał, choć liczył się z przegraną. Warząc eliksir nie zakładał, że złamie zaklęcie, sądził jednak, że odczuje silniejsze wibracje, że wyraźnie dane mu będzie dostrzec, którędy biegnie magiczny krąg, że po drganiach i zapachu rozpozna jego elementy, oraz że dzięki tym doznaniom stworzy nowy wywar. Tymczasem nie wyczuł nic, żadna magia nie uniosła się wokół niego, nawet nie zakręciło go w nosie.
– Ciekawe. – Na swój sposób było to intrygujące. – Nie wiem, kim jesteś czarownico, ale muszę przyznać, że już dawno nikt nie wywołał u mnie takiego zaciekawienia. – Abadon cofnął się o krok, chowając w podcienia sąsiedniej kamienicy.
Wiedźma wyszła z kawiarni. Trzymała w ręku tacę zastawioną pucharkami wypełnionymi lodami, bitą śmietaną i owocami. Nie podeszła jednak do żadnego ze stolików, tylko czujnym wzrokiem zaczęła przeszukiwać sąsiednie ogródki, zerkała na spacerowiczów i klientów kawiarni. Jej spojrzenie przeskakiwało między osobami krążącymi za drewnianym płotkiem, jakby chciała wyłapać tego, kto usiłował przerwać jej krąg. Musiała wyczuć próbę wtargnięcia i teraz szukała winnego.
Abadon zmrużył oczy, w napięciu czekał, aż spojrzy na niego. Chciał zobaczyć jej reakcję, nacieszyć się jej strachem i przerażeniem. Wszystkie magiczne istoty wiedziały, kim był, niezależnie od tego jak wyglądał. Śmierć sączącą się przez pory jego skóry potrafiły rozpoznać bezbłędnie.
W końcu go dostrzegła, zmierzyła wzrokiem od stóp do głów. Po jej twarzy przemknął ledwie dostrzegalny cień strachu, zachwiała się, taca, którą trzymała w dłoniach, niebezpiecznie zadrżała. Chciała się cofnąć, schować w kawiarni, ale nim zdołała zrobić krok, u jej boku pojawiła się kolejna kobieta. Była wysoka, smukła, podkoszulek i czarne szorty idealnie przylegały do ponętnych krągłości. Ciemne włosy nosiła ściągnięte w kucyk. Wszystko w niej było piękne, powabne zbyt doskonałe. Gładkiej, wręcz alabastrowej twarzy nie zdobił nawet jeden pieprzyk, nawet niteczka zmarszczki, nawet jedna drobna skaza.
– Niemożliwe. – Abadon wstrzymał oddech, jego zmysły wyostrzyły się i popłynęły ku kobiecie. – Niemożliwe. – Powtórzył. W jednej chwili zapomniał o czarownicy, magicznym kręgu i zadaniu powierzonym przez Lucyfera. Całą swoją moc, całą swoją energię skupił na ludzkiej istocie stojącej w drzwiach kawiarni. Zbyt piękna, by mogła istnieć naprawdę, zbyt idealna, czysta, krystaliczna. Na czole żniwiarza pojawiła się pionowa bruzda. Nie widział jej aury, jej mrocznego cienia, zegara odliczającego czas do śmierci. Każdy go miał, licznik tykający od chwili narodzin, wyznaczający ostateczny czas przejścia na drugą stronę. Tylko on go widział, tylko on czuł nadchodzący koniec. Dlaczego? Bo właśnie tym był, ostatecznym przeznaczeniem każdej żywej istoty. Każdej, tylko nie jej. Czy to w ogóle możliwe? Czy można uciec przez swym losem, oszukać czas?
Myśl, że komuś się udało, przeraziła go. Cofnął się o krok, potem kolejny. Nie można uciec przed śmiercią. Najwyższy dla nikogo nie uczynił wyjątku, nawet aniołowie mieli swoją datę przydatności. Dlaczego ona jej nie miała?
Odwrócił się na pięcie i nie przejmując się tym, że kobiety patrzą za nim, zniknął w tłumie spacerowiczów. Jego kroki były szybkie, ruchy zdradzały nerwowość. Zachowanie niezwykłe, jak na pozbawionego uczuć anioła.
– Kto to był? – Słowa wypłynęły z ust Emmy i sprawiły, że Gosia dosłownie podskoczyła w miejscu. W ostatniej chwili opanowała się, ratując desery, które niechybnie upadłyby na chodnik.
– Cholera. – Rudowłosa wiedźma mruczała pod nosem przekleństwa, na przyjaciółkę zdawała się nie zwracać uwagi. – On nigdy się nie odczepi. Wiedziałam, że wróci.
– Kto? Gośka, mów zaraz. – Emma chwyciła przyjaciółkę za łokieć i potrząsnęła lekko. – To ten facet, który wczoraj tak cię zdenerwował?
Przyjaciółka westchnęła ciężko i w końcu spojrzała na Emmę.
– Tak, to on.
– Jak bardzo jest niebezpieczny?
– Bardziej niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić. To śmierć w czystej postaci.
Emma nie odpowiedziała. Śmierć nie była straszna, tylko to, co po niej następowało. Nie bała się agonii, tylko samotności i pustki. Każdego dnia doświadczała tych uczuć i płakała nad swoim losem.

wtorek, 6 czerwca 2017

Szmaragdowe Łzy - Rozdział 2_epizod 1



Ledwie skończył jeść kawałek chleba, gdy usłyszał trzaśnięcie gałązki, a zaraz potem jęk przepełniony bólem. W jednej chwili przypadł do ziemi. Bezgłośnie wysunął miecz z pochwy i położył w zasięgu ręki. Uważnie śledził wzrokiem okoliczne krzewy. Hałasy przybrały na sile, teraz było to już całkiem głośne sapanie, przerywane regularnym jękiem. Hargar zmrużył oczy. W swojej kryjówce niedaleko zejścia na plażę, między gęstymi zaroślami a kłującym jałowcem, był bezpieczny i całkowicie niewidoczny. Główna ścieżka biegła ledwie pięćdziesiąt metrów dalej, jednak ci, którzy się zbliżali, nie mieli zamiaru nią iść. Czyżby go wytropili? Ale czy wtedy robiliby tyle hałasu?
Nie zdążył wymyślić nic sensownego, gdy zobaczył dwie kobiety i dziecko. Uciekinierki, to jedno słowo wypełniło jego umysł. Niewiasty szły wolno, ciągnąc przestraszone dziecko za sobą. Jedna z kobiet była w zaawansowanej ciąży. Ręką podtrzymywała brzuch, jej twarz raz po raz wykrzywiała się grymasie bólu, a z ust wydobywały się jęki. Gęsta woń krwi unosiła się w powietrzu. Rodziła i za wszelką cenę starała się to zrobić z dala o krwiożerczych bestii.
Wojownik zmiął przekleństwo w ustach. Zapach krwi ułatwi pościg, a kiedy już ludzie Tollesto tu przyjdą, bez trudu odszukają kryjówkę gwardzisty króla. W leśnej głuszy jeszcze panowała cisza, słońce ledwo przebijało się na widnokręgu, jednak to, że kolejny przejaw buntu zostanie odkryty, było tak pewne, jak to, że słońce zajdzie na zachodzie.
Nie miał zatem wyboru. Bezszelestnie wyszedł ze swego legowiska, zagradzając kobietom drogę.
Krzyknęły jednocześnie, dziecko zaś przypadło do ziemi, nakrywając rękoma głowę.
– Proszę… – Jedna z kobiet, wyciągnęła przed siebie ręce. Była bardzo wychudzona, szata, którą miała na sobie, była łachmanem pozszywanym z kilku starych tunik. – Puść nas, już tak dłużej nie możemy. – Zrobimy, co zechcesz, tylko przepuść nas.
– Będą was ścigać – powiedział gniewnym tonem. – Nie spoczną, póki nie dopadną. Dokąd zamierzałyście pójść, stąd nie ma ucieczki! – Zdawał sobie sprawę, że straszył kobiety, a jego słowa nie stanowiły żadnego pocieszenia. Nie miały jednak nim być. Los tych istot został przesądzony w chwili, gdy zamknęła się za nimi brama obozu.
Spojrzały po sobie przestraszone. Twarz rodzącej ponownie wykrzywił grymas bólu.
– Na drugi brzeg.
– To morze, nie dopłyniecie wpław. Utoniecie.
– Taka śmierć będzie tysiąc razy lepsza niż życie tutaj – stwierdziła hardo rodząca.
– Ty nie jesteś jednym z nich. – Zauważyła przytomnie druga.
Nie skomentował jej słów, zamiast tego rzucił ostro.
– Zabierzcie dziecko, idziemy na plażę. – Nie był zły na kobiety, doskonale rozumiał powody, dla których próbowały uciekać. W gruncie rzeczy podziwiał je za to. Odczuwał jedynie wściekłość, że ten koszmar musiał stać się ich udziałem, że w ogóle się tu znalazły. Nawet jeśli spróbuje przenieść je przez morze, nie zdoła zabrać wszystkich. A będzie jeszcze gorzej, gdy wytropią go ludzie Thargara. Spalona kryjówka oznacza koniec jego pobytu na wyspach. Cholera zaklął w myślach.
– Jesteś człowiekiem króla? Proszę, powiedz? – Dopytywała druga z kobiet. Podniosła już dziecko z ziemi i wziąwszy je w ramiona, szła przed smokiem. Hargar nie pomógł rodzącej, puścił ją przodem, podobnie jak jej towarzyszkę. Szedł na samym końcu, uważnie wypatrując, czy ktoś za nimi nie idzie.
– Zaprowadzę was na plażę, tam zmienię się w smoka i spróbuję zabrać was na Siódmy Ląd. Nie oczekujcie jednak komfortowej podróży. Będziemy mieć szczęście, jeśli dotrzemy tam w jednym kawałku. – Szczególnie martwił się o nienarodzone niemowlę i dziecko. W przestworzach będzie zimno, a malec nie miał na sobie nic, co mogłoby zapewnić mu ciepło. Zresztą kobiety również ubrane były tylko w szare, pokrwawione koszuliny.
– Nie martw się o nas. – W niewolnice wstąpiła nowa nadzieja. Jeszcze chwilę temu były pewne, że jedyne, o czym mogą decydować, to sposób, w jaki umrą. Teraz miały przed sobą wybawiciela i chociaż nie potwierdził, że jest człowiekiem króla, nie przypominał miejscowych potworów.
– Dlaczego zabrałyście chłopaka ze sobą. Tu go przecież nie skrzywdzą? – Nie mógł się powstrzymać przed zadaniem pytania. Dziecko nie miałoby, co prawda, sielskiego życia, jednak nie byłoby niewolnikiem.
– To dziewczynka. – Kobieta, która niosła kilkuletnie dziecko, przytuliła je mocniej do siebie.
– Nie pozwolę, by moja córka miała takie życie jak ja. By zrobili z nią to, co ze mną.
Hargar zacisnął mocniej dłoń na rękojeści miecza.
– Sądziłem, że zabijają dziewczynki zaraz po urodzeniu. – Brutalne stwierdzenie faktów, ale tutaj nic nie było łatwe.
– Czasami. – Kobieta nie przejęła się jego słowami. – Brakuje im kobiet, kolejne ciąże nas wykańczają, zbyt często umieramy podczas porodów.
– Muszą nas kimś zastąpić – dodała cicho rodząca. Na jej twarzy błyszczały krople potu, usilnie starała się jednak nie jęczeć.
Hargar jeszcze mocniej zmarszczył brwi. Miał inne plany na ten dzień, los postanowił spłatać mu figla. Las powoli rzedniał, ściółkę leśną zastąpił piasek. Plaża stała przed nimi otworem. Smok spojrzał za siebie, upewniając się, że nikt nie podąża ich śladem. Trochę martwiła go ta cisza. Kobiety musiały zbiec kilka godzin temu, czemu nikt ich nie ścigał? Niemożliwe, żeby nie zauważono ich zniknięcia.
– Widzicie te skały po lewej? – zwrócił się do kobiet. – Tam się zatrzymamy. Odpoczniemy chwilę, ja zmienię się w smoka i niezwłocznie odlatujemy. Najchętniej zmieniłby się od razu, chwycił niewiasty pod pachę i pofrunął. Po nogach rodzącej krew spływała coraz obficiej, a to nie był dobry znak.
Brodząc po sypkim piasku, kobiety z trudem podeszły do skał. Ta, która niosła dziecko, posadziła je teraz na kamieniach. Nieco dalej rodząca oparła się o nie rękoma i pochylając nisko głowę, usiłowała uspokoić oddech. Jej brzuch drgał nerwowo, potwierdzając, że smocze dziecko w nim przebywające wybrało sobie tę właśnie chwilę, by wyjść na zewnątrz.
Hargar patrzył kilka długich chwil, jak niewolnice usiłują pomóc sobie nawzajem. Było oczywiste, że na tej zapominanej przez pradawnych bogów ziemi, na nikogo innego nie mogły liczyć.
– Musimy się zbierać – zawołał. W myślach kombinował jak przenieść całą trójkę. Przede wszystkim musi oddać im swój kaftan i koszulę. Wysoko w powietrzu, gdzie będzie panowało przejmujące zimno, każda warstwa odzienia przyda się uciekinierkom.
Już miał wcielić swój plan w życie, gdy do jego uszu dotarł szelest kroków. Zdołał tylko sięgnąć po miecz, a chwilę później na plażę wkroczyło trzech mężczyzn. Wszyscy bez wyjątku byli smoczymi wybrańcami i bynajmniej nie byli przyjaźnie nastawieni.
– To nasze suki, zagalopowałeś się, smoku! – usłyszał. Mężczyzna, który wypowiedział te słowa miał ciemno-brązowe włosy, przetykane czerwonymi refleksami. Był wyższy niż jego kompani i zdecydowanie najstarszy. Rysy twarzy świadczyły, że przybył na wyspę wraz z pierwszą grupą. Prawdomównie zakładał kolonię. Pozostała dwója była dużo młodsza, nie byli dziećmi, ale budowa ich ciała oraz jeszcze łagodne rysy, świadczyły, że daleko było im do wieku męskiego. Urodzili się na wyspie, poza nią nie znali niczego innego. Karmieni od małego nienawiścią, mieli innych w pogardzie.
– Pozwolicie, że się z wami nie zgodzę. – Hargar przesunął spojrzeniem po przeciwnikach, oceniając w myślach ich siłę i umiejętności. Uznał, że sobie poradzi.
– Nie słyszałeś, skurwielu, co powiedział Urma? – ryknął jeden z młodzików. – To nasze dziwki.
– Któraś z tych dziwek, jak to pięknie określiłeś, mogła cię urodzić, gówniarzu. – Zrugał chłopaka Hargar. Nie uszło jego uwagi, że cała trójka położyła ręce na rękojeściach mieczy. Kobiety stały osłupiałe, szok na ich twarzach mieszał się z niedowierzaniem.
Na młodych smokach uwaga nie zrobiła żadnego wrażenia, przeciwnie zaczęli głośno rechotać.
– Urodzenie smoka to zaszczyt dla takiej kurwy. Chyba nie sądzisz, że nadają się do czegoś więcej?
Obraźliwe słowa miały być prowokacją, o czym Hargar wiedział doskonale. Nie miał jednak dziesięciu lat, by tak łatwo dać się podejść. Niestety uciekinierki bardziej emocjonalnie zareagowały na drwinę. Z głośnym krzykiem rzuciły się na strażników. Bez broni, gołymi pięściami chciały odpłacić wykorzystującym je mężczyznom. Hargar przeklął głośno i rzucił się za nimi. Udało mu się pochwycić ciężarną, nim ta za bardzo zbliżyła się do wartowników. Druga z kobiet była bez szans. Nie zdołała nawet podrapać paznokciami twarzy Urmy, ten z łatwością chwycił ją za szyję, ścisnął krtań i bez słowa podciął jej gardło. Krew trysnęła z rany, zalewając szarą koszulę kobiety i piasek pod jej stopami. Jeszcze dygotała, kiedy smok rzucił ją w piach.
Reszta potoczyła się błyskawicznie.
Hargar zareagował automatycznie. Pchnął rodzącą za siebie, kątem oka sprawdził, co z dziewczynką siedzącą na skale, ta jednak była zbyt przestraszona, by się poruszyć lub wydać z siebie bodaj jeden dźwięk.
Wojownik ścisnął mocniej miecz i ruszył na Urmę. Już w chwili, kiedy ich klingi zderzyły się ze sobą, wiedział, że będzie to mordercza walka. Jego przeciwnik był od dziecka szkolony wyłącznie w jednym celu, by zabijać i zadawać ból. Kogoś takiego nie należało lekceważyć.
Wznosząc tumany piasku, okładali się mieczami. Co kilka chwil Hargar zerkał na ciężarną, modląc się, by nie usiłowała zwracać na siebie uwagi. Towarzysze krewkiego smoka chwilowo skupiali uwagę na walce, ignorując kobietę i miał nadzieję, że tak już pozostanie.
Niestety dziewczynka siedząca na kamieniach zakwiliła żałośnie, nieporadnie usiłowała zsunąć się z ostrych głazów i podbiec do martwej matki. Ciężarna niewiasta oprzytomniała w tej samej chwili. Upadła na kolana i ostrożnie krok za krokiem, ruszyła do zabitej przyjaciółki.
Jak się można było tego spodziewać, młodzi najemnicy natychmiast stracili zainteresowanie potyczką. W ich dłoniach błysnęła stal, usta wygięły się w złośliwym uśmiechu.
Urma młócił zaciekle mieczem, usiłując zepchnąć Hargara do wody. Smok zaparł się nogami w wilgotnym piasku i markując cios za ciosem, gorączkowo myślał, jak uratować kobietę. Jeśli zdoła przecisnąć się pod ramieniem smoka, może uda mu się ubić jednego bękarta. Nie zdoła jednak powalić drugiego, nie wspominając już o tym, że Urma zadźga go, gdy tylko się odwróci.
– Cholera – przeklął. Młodziki tymczasem otoczyły kobietę i śmiejąc się głośno, poszturchiwali ją, jeden nawet usiłował zedrzeć z niej koszulę.
Nagle w powietrzu coś błysnęło, coś jakby odbity promień słońca, a chwilę później z cichym świstem sztylet przeleciał przez plażę i wbił się w czaszkę młodego łotrzyka. Kilka sekund później spomiędzy drzew wyłonił się obcy mężczyzna. Nieznajomy trzymał w dłoni długi miecz, którego klinga niebezpiecznie lśniła i wprost prosiła się, by skropić ją krwią. Smok pewnym krokiem ruszył ku młodemu strażnikowi.
Hargar nie miał czasu, by przyjrzeć się dokładnie nieznajomemu i rozszyfrować, z kim ma do czynienia. Urma ponownie rzucił się na niego i wykorzystując chwilę nieuwagi, podciął mu nogi. Wylądował w wodzie, a fale szybko go nakryły.
Urma został na brzegu, na przemian wypatrując gwardzisty, to zerkając przez ramię za siebie. Smok wyraźnie nie potrafił zdecydować się, czy poczekać, aż przeciwnik się wynurzy, czy ruszyć z pomocą kamratowi.
Tymczasem nieznajomy bez trudu poradził sobie z drugim młodzikiem. Rozpłatał jego cało na dwie części i z mieczem ociekającym posoką zerkał ku Urmie. Ten tylko uśmiechnął się okrutnie i chętnie podjął wyzwanie.
Hargar w końcu podniósł się z wody i z wściekłością spojrzał na odchodzącego wojownika.
– Tak szybko się mną znudziłeś? – krzyknął za nim. Nie tak miała wyglądać ta walka.
Urma nie raczył się nawet obrócić, całą swoją uwagę skoncentrował na przybyłym.
– Nie jesteś wart mojego zachodu! – warknął, prąc do przodu.
W Hargarze zagotowała się krew, tyle się natrudził i walka miała przejść mu koło nosa? Żadną miarą. Zdrajca zasłużył sobie na śmierć i to on chciał mu ją zadać. Uniósł miecz do góry i nie namyślając się wiele, rzucił nim jak oszczepem.
Urmę dzieliło ledwie kilka metrów od nieznanego smoka, gdy w jego plecy wbiło się ostrze. Solidna klinga przeszyła ciało na wskroś. Wojownik zachwiał się, z jego ust chlusnęła posoka, chwilę później runął na piasek.
– Mógłbym powiedzieć to samo – mruknął rozeźlony Hargar. Miał mokre odzienie, a z nosa lała mu się krew. Nie to go jednak najbardziej denerwowało, tylko myśl, jak niewiele brakowało, by z powodu uciekinierek dał się zabić.
– Musisz ich stąd zabrać i radzę, zrób to niezwłocznie. Nie myśl, że inni tutaj nie przyjdą. – Słowa wyszły z ust nieznajomego smoka, powodując, że Hargar skrzywił się jeszcze bardziej.
Nie odpowiedział. Stanął nad martwym Urmą i opierając stopę o jego truchło, wyciągnął miecz. Dopiero wtedy, trzymając na powrót w dłoni klingę, mogąc się bronić, zerknął na nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Wróg czy przyjaciel, nie należało mu ufać.
– Kim jesteś? – zapytał.  Przybyły miał zbyt dobre maniery, by urodzić się na tych ziemiach i zdecydowanie zbyt bogate odzienie.
– To bez znaczenia, ciebie nie powinno tu być. – Obcy wytarł ostrze i schował je do pochwy. Uporządkował odzienie, przygładził ciemne włosy z fioletowymi refleksami. Dopiero wtedy podszedł do ciężarnej i podniósł ją na nogi. Hargar przypatrywał się temu ze zmarszczonymi brwiami.– Dziecko wkrótce się urodzi, a wtedy ona umrze, wiesz o tym. – Zakończył gniewnie swoją wypowiedź.
Hargar zmrużył oczy. Nieznajomy zdecydowanie za bardzo mu sprzyjał.
– Kim jesteś? – powtórzył.
– To naprawdę nie ma teraz znaczenia. – Obcy wyglądał na zirytowanego. – Odfruń stąd, zamelduj na dworze, co widziałeś. Niczego nie… Pomijaj. – Zawahał się chwilę, zerknął na kobietę i dziecko. – Powiedz… Że postaram się im przeszkodzić, może nie uda się mi ich zniszczyć, ale mogę skutecznie uprzykrzyć im życie.
– Poczekaj! – Hargar wyciągnął przed siebie rękę. Nie mieściło mu się w głowie to, co usłyszał.
Nieznajomy tymczasem pchnął ciężarną ku gwardziście i nic sobie nie robiąc z jego protestów, zawrócił do lasu.
– Będą pytać o ciebie, co mam odpowiedzieć?
Sok zatrzymał się na moment, nie odwrócił się jednak.
– Królowi przekaż, co uznasz za stosowne, powiadom jednak hrabiego Kiral, że żyję.
– Lorda Melira? Czemu właśnie jego? – Hargar był jeszcze bardziej zaskoczony. Nieznajomy jednak nie powiedział nic więcej, ruszył przed siebie i chwilę później zniknął między drzewami.
– Znasz go, widziałaś go już wcześniej? – Gwardzista zwrócił się do niewiasty, ale ta była zbyt przestraszona i zbyt mocno skupiona na nasilających się bólach porodowych, by odpowiedzieć na jego pytanie. Hargar zmiął przekleństwo w ustach. Kimkolwiek był ich sprzymierzeniec, w jednej kwestii miał rację, powinni już być w powietrzu z dala od tego miejsca.

Kochani, bardzo przepraszam, że tak długo mnie nie było - sprawy rodzinne. Obiecuję nie znikać i częściej wstawiać posty. Gorąco wszystkich pozdrawiam.

poniedziałek, 20 marca 2017

Abadon - Rozdział 3_epizod 1



– Proszę, nie róbcie nam krzywdy, nie mamy nic więcej. – Błagalny ton kobiety nie zrobił żadnego wrażenia na dwójce napastników, którzy od dwóch godzin przetrząsali mieszkanie na poddaszu, przy Queen Victoria Street 12 w centrum Londynu, szukając kosztowności i pieniędzy.
Wszystko wydarzyło się późnym popołudniem, kiedy lady Grace wracała z córkami ze spaceru. Dziewczynki w wieku dziesięciu i ośmiu lat radośnie trajkotały, wbiegając po schodach, prowadzących do niewielkiego mieszkania, stanowiącego ich dom, i ich cały świat. Wesoły szczebiot skutecznie zagłuszył odgłosy innych kroków. Może gdyby były ciszej, Grace usłyszałaby, że ktoś się za nimi skrada. Skupiona na dzieciach, nie zauważyła obcych podążających jej śladem.
Weszli się do mieszkania nim zdążyła wsunąć klucz do zamka. Wepchnęli kobietę do środka, zatrzaskując za sobą drzwi, uniemożliwiając wezwanie pomocy, rozpoczynając dramat rodziny.
Grace zareagowała instynktownie, ukryła córki za sobą, osłaniając je własną piersią. Na twarz natychmiast przywdziała chłodny wyraz. Przez wiele lat była guwernantką, potrafiła mówić stanowczo i nakłonić do posłuchu nawet najkrnąbrniejsze dziecko.
– Czego, panowie, sobie życzą? – zapytała zimno. Za jej plecami mała Lisa płakała cicho, natomiast jej starsza siostra Elsa stała z otwartymi szeroko oczyma. Przerażenie promieniowało z małego ciałka, dziewczyna była tak przestraszona, że nie zdołała się poruszyć.
– Czego chcemy? – Wyższy z napastników uśmiechnął się do Grace pożółkłymi zębami. Twarz, chociaż niegolona od wielu tygodni, sprawiała wrażenie młodej. Tłuste włosy w odcieniu kasztanu nieskładnie zwisały wokół głowy. Płaszcz, którym okrywał szczupłą sylwetkę, był mocno znoszony i poplamiony w tak wielu miejscach, że trudno było stwierdzić, jaki pierwotnie miał kolor. – Chcemy wszystkiego, co możesz nam dać, paniusiu, a nawet więcej – wycedził.
Przesunął językiem po spękanych wargach, przyprawiając Grace o dreszcze.
– Pieniądze, biżuteria. Kobieta taka, jak ty z pewnością ma ich całkiem sporo – odezwał się drugi. Był dużo niższy od swego kompana i zdecydowanie sporo od niego starszy. Liczne pasma siwizny błyszczały w brudnych włosach. Napastnik miał na sobie równie nędzne ubranie, chociaż jego było brudne od sadzy.
– Jesteśmy biedne, spójrzcie w jakich warunkach mieszkamy. – Grace szybko podjęła decyzję, że będzie się targować. Po śmierci męża, którego grypa zabrała poprzedniej zimy, została z dziećmi praktycznie bez środków do życia. Ludwik pracował jako księgowy w hucie szkła należącej do braci Werenke. Praca była dobrze płatna, ale utrzymanie dwupoziomowego domu na przedmieściach sporo kosztowało. Żyli skromnie, ale szczęśliwie. Śmierć Ludwiga zburzyła poukładany świat całej rodziny. Grace musiała wyprowadzić się z dużego domu i poszukać niewielkiego mieszkania w centrum, skąd dziewczynki mogłyby pieszo chodzić do szkoły. Co cenniejsze przedmioty i meble sprzedała, a uzyskane w ten sposób pieniądze miały zapewnić im byt do czasu, aż nie znajdzie odpowiedniej pracy.
Dwoje oprychów usiłowało ograbić ją nawet z tego.
– Gówno mnie to obchodzi – syknął pierwszy z napastników. W jego dłoni błysnął pistolet. – Kłamiesz, suko, już suknia, którą nosisz, jest sporo warta, musisz mieć pieniądze.
Grace zagryzła wargi. Ciemnobrązowa suknia z marszczonej tafty była ostatnim przypomnieniem życia, jakie kiedyś wiodła. Wszystkie inne modne kreacje, nawet buty, sprzedała dawno temu.
– To pamiątka – powiedziała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Po mężu, tylko tyle mi po nim zostało. – Nie była to prawda, ale obcy nie musieli o tym wiedzieć.
– Mężu? – Drugi z oprychów zawahał się nieznacznie. Nawet zerknął na boki, jakby obawiał się, że ktoś wyskoczy z ciemności i stanie w obronie kobiety i jej córek. – Gdzie on jest?
– Nie żyje. – Mogła skłamać, nie zrobiła tego jednak.
– Kiepsko zabezpieczył cię na starość – zarechotał pierwszy z napastników.
– Zważaj, panie, na słowa. – Grace zrobiła krok do przodu. Kochała męża i nie zamierzała pozwolić na znieważanie jego pamięci.
Cios spadł na jej twarz tak niespodziewanie, że nie zdołała się na niego przygotować. Zachwiała się i upadła na podłogę. Policzek palił ją żywym ogniem, w ustach poczuła metaliczny smak krwi. Dziewczynki stojące pod oknem zaniosły się szlochem. Nawet Elsa zazwyczaj tak poważna, płakała rzewnymi łzami. Grace chciała uspokoić córki, ale nieznajomy chwycił ją za włosy i pociągnął ku kredensowi, stojącemu pod ścianą. Z dużą siłą uderzył jej głową o drewniane drzwiczki. Zakręciło się jej przed oczyma, ból na moment pozbawił ją oddechu.
– O, przepraszam! – usłyszała tuż przy uchu. – A teraz mów, kurwo, gdzie masz pieniądze i kosztowności?!
Drżącą ręką wskazała na szufladę w kredensie.
– Pod prześcieradłami – jęknęła. Głos z trudem przechodził jej przez usta. Chciała obrócić się do córek i uspokoić je, bała się jednak poruszyć.
Zbir szarpnął szufladę i zaczął przetrząsać jej zawartość. Z łatwością znalazł niewielką sakiewkę, a w niej piętnaście funtów i dwadzieścia siedem pensów, oraz broszkę z kameą – cały dobytek Grace.
– Co to do cholery ma być!? – syknął, machając sakiewką przez oczyma Grace. – Kpisz sobie ze mnie, dziwko?! – Zamachnął się ręką, ale tym razem zdołała zasłonić się ramionami.
– Nie mamy nic więcej, proszę, nie róbcie nam krzywdy – szepnęła. – Błagam, nic więcej nie mamy.
– Kłamiesz. – Napastnik pomachał jej pistoletem przed oczyma. – Musisz mieć. Odświeżę ci pamięć i sprawię, że z chęcią podzielisz się ze mną wszystkim co ukryłaś. – Mężczyzna wyprostował się, następnie wymierzył pistolet w kierunku płaczących dziewczynek i nacisnął spust.
Huk wystrzału był ogłuszający i sprawił, że na moment wszyscy zamarli, chwilę później na piersi Lisy wykwitła bordowa plama, zaraz potem dziewczynka osunęła się na podłogę. W martwych oczach dziecka ciągle malowało się zaskoczenie.
– Nie!!! – Emma obudziła się z posmakiem krwi w ustach. W uszach ciągle jeszcze słyszała swój własny krzyk i rozpaczliwe wycie matki, która czołgając się usiłowała dotrzeć do Lisy. Nie zdołała tego zrobić, zbir zastrzelił ją nim dotknęła stopy córki.
Emma usiłowała otrząsnąć się z bolesnego wspomnienia. Jakby to było wczoraj miała przed oczyma brudną twarz drugiego napastnika, który zbliżył się do ostatniego żyjącego świadka – Emmy, wtedy jeszcze noszącej imię Elsa. W jego dłoni również groźnie połyskiwał pistolet.
– Przepraszam – powiedział cicho. – I tak nie moglibyśmy zostawić cię przy życiu. – Strzelił. Nie pamiętała bólu, tylko ciemność i otaczające ją zimno. Śmierć nie była taka straszna, ale pustka czająca się tuż za nią, owszem.
Emma usiadła na łóżku. Mimowolnie dotknęła śladu na piersi, jedynego dowodu, że naprawdę kiedyś umarła. Od dziesiątek lat nie śniła o wydarzeniach tamtej nocy. Zrobiła wszystko, by zapomnieć twarze napastników, zadowolenie malujące się w ich oczach. Tamto wspomnienie zastąpiła innym: przerażeniem i strachem, który bił z oczu zbirów, gdy dopadła ich w ciemnym zaułku. Dwadzieścia lat czekała na swoją okazję. Wytropiła ich i rozstrzelała, wpierw jednak upewniła się, że ją pamiętają. Umarli ze świadomością, że duch z przeszłości wymierzył im sprawiedliwość. Nie była duchem, a sprawiedliwością gardziła niczym zużytą chusteczką higieniczną.
Dzwonek do drzwi przyjęła z prawdziwą ulgą. Wstał nowy dzień, czas szykować się do pracy i zapomnieć o przeszłości. Na progu stała zapewne Gosia, która mieszkając w budynku naprzeciwko zawsze wpadała rano, by obudzić przyjaciółkę.
– Już idę! – krzyknęła, człapiąc się do drzwi.
– Wreszcie – Mruknęła Gosia, kiedy w końcu Emma wpuściła ją do środka. – Znowu zaspałaś?
– Tak jakby. – Emma przeczesała palcami niesforne włosy. Nigdy nikomu nie powiedziała, kim jest naprawdę, z tego samego powodu również nie mieszkała nigdzie dłużej niż dziesięć lat. W Poznaniu spędziła ostatnie osiem, jej czas powoli dobiegał końca. – Daj mi chwilę to się ogarnę.
– Pospiesz się, jest późno, a chciałbym jeszcze skoczyć do sklepu. – Gosia przestępowała nerwowo z nogi na nogę.
Normalnie Emma zignorowałaby takie zachowanie, ale dziś przyjaciółka zdawała się jej dziwnie zdenerwowana.
– Coś się stało? – zapytała, maszerując z powrotem do sypialni. W pośpiechu wciągała na siebie rzeczy. – No, powiesz mi, czy nie? – zapytała, ponownie wchodząc do salonu. – Coś z Julką?
– Nie, na szczęście nie tym razem. – Gosia machnęła ręką. – To, coś innego. Chciałam cię prosić, byś zachowała ostrożność. – Ostatnie słowa wypowiedziała niezwykle cicho.
Na twarzy Emmy odmalowało się zdziwienie.
– Powiesz więcej? Jakieś szczegóły?
Gosia westchnęła ciężko.
– Wczoraj ktoś dziwny kręcił się koło kawiarni. Boję się, że może wrócić.
– Jak wyglądał? – Emma momentalnie zesztywniała. Nienawidziła obcych, groźnie wyglądających mężczyzn, takich, którzy są zdolni zabić z zimną krwią.
– Dość wysoki, ubrany na ciemno, długie czarne włosy, arogancja bijąca z twarzy.
Emma skinęła głową. Ten opis pasował do sporej liczby mężczyzn, zamierzała jednak wziąć go sobie do serca. Nie bez przyczyny śniła jej się matka i siostra.
– Dobrze, będę się uważnie rozglądać. – Nie zapytała skąd wziął się nieznajomy, nie interesowało ją to. Zło pojawiało się niespodziewanie i najczęściej wtedy, gdy nikt się go nie spodziewał. Przeszłość Gosi była równie skomplikowana jak Emmy i chociaż nigdy o tym nie rozmawiały, wiedziała, że przyjaciółka władała jakimś rodzajem magii. Moc otaczała ją niczym druga skóra, a jej ogniście rude włosy tylko to potwierdzały. Możliwe, że ktoś z przeszłości wpadł na jej trop i dotarł do Poznania.
Cóż, kimkolwiek był, Emma zamierzała pozostać czujna, a jeśli zajdzie potrzeba, skróci skurwiela na głowę. Miała w tym wprawę.