Nie taki wilk straszny, jak go malują


„Nie taki wilk straszny, jak go malują”
Rozdział 1
Nie wywołuj wilka z lasu
Śnieg sypał już od dobrych kilku godzin, przykrywając białym puchem wszystko dookoła. Zresztą od wielu dni nic innego się nie działało. Poza tym, że prąd wyłączyli, jeszcze nim śnieżyca rozpętała się na dobre. Można by rzec: sytuacja całkiem normalna, jeśli chodzi o standardy polskie. Co kogo obchodzi, że mieszkasz w opuszczonej przez Pana Boga miejscowości, tak skostniałej i zacofanej w swych poglądach, że gazownia nie ma jej na mapkach, a pracownicy wodociągów dostają napadu śmiechu, widząc wnioski o przyłącze?
Ot, zwyczajne życie na prowincji.
Miałam co prawda na ten temat inną teorię. Przezornie jednak wolałam jej nie wygłaszać. Zwłaszcza przy starych mieszkańcach wsi, dla których rodzinna miejscowość stanowiła ucieleśnienie raju.
Z mojego punktu widzenia ten raj był ucieczką od miasta i świadomym wyrzeczeniem się zgiełku. Dla widoku saren za oknem i żurawi budzących mnie każdej wiosny porzuciłam Poznań. Jednak w takie dni jak te, kiedy piec centralnego ogrzewania utrzymywał przy życiu tylko agregat prądotwórczy głośno hałasujący w garażu, a spora warstwa parafiny zdążyła już oblepić blat w kuchni, wątpiłam, czy podjęłam dobrą decyzję.
Spojrzałam na chłopca siedzącego przy stole, rysującego z zapałem mimo nikłego blasku świec.
– Co robisz, Maksiu? – zapytałam.
Na białej kartce czerniło się coś krągłego z wielkim garnkiem na głowie i miotłą w ręce. Dziwadło miało kilka kilo nadwagi, kołtuniaste włosy i dziwaczne dłonie przypominające gałęzie.
– Bałwanka, mamuś!– zawołał beztrosko.
– Ach. – Drgnęłam zaskoczona. – A czemu on jest taki czarny i... brzydki? – dokończyłam ostrożnie, by nie urazić malca. O przesadne kształty nie zapytałam, bałwany zazwyczaj były okrągłe.
– To diabelska wersja – odrzekł bez zająknięcia mój skarb.
Ze zdziwienia aż uniosłam brwi.
– Kotek, w piekle jest gorąco, bałwan nie przeżyłby tam pięciu minut.
– Ten tak, to bałwani demon. Jeden z wielu, ale ten jest najsilniejszy.
– Bałwani demon – powtórzyłam mimowolnie. – Niech zgadnę, wymyśliła go Eliza?
Córka naszej sąsiadki, rówieśniczka Maksa, miała wyobraźnię szeroką niczym Ocean Spokojny. Większość szalonych pomysłów wychodziła z jej ślicznej blond główki. Maks uczestniczył we wszystkim, co wymyśliła rezolutna dziewięciolatka.
Chmurne spojrzenie było wymowną odpowiedzi.
– Mogłabyś mieć do mnie choć odrobinę zaufania, kobieto – powiedział mój syn, siląc się na dorosły ton.
– Och, przepraszam bardzo. – Uniosłam ręce w obronnym geście. – Całkiem zapomniałam, jakim jest pan doskonałym rysownikiem.
– Tak już lepiej. – Skinął głową ucinając dyskusję. – Czasy są ciężkie. Lepiej być świadomym, co może czaić się za płotem.
– Oczywiście – potaknęłam, ledwie panując nad uśmiechem.
Szczęściem, dzwonek telefonu wybawił mnie od dalszej rozmowy i zagłębiania się w tematy demoniczne. Sięgnęłam po komórkę, ignorując karcące spojrzenie syna.
– Oszczędzaj baterię. – Pogroził mi palcem. – Masz pojęcie, ile wypadków może się nam przydarzyć, a ty nie będziesz w stanie zadzwonić po pomoc, bo telefon ci padnie?
Wzruszyłam ramionami.
– Nie, nie mam – rzuciłam, tarmosząc mu włosy. – Co jest, Dorotko?! – krzyknęłam do słuchawki.
Przezornie, by Maks nie usłyszał naszej rozmowy, przeszłam do salonu. Ogień palący się w kominku nikłym blaskiem rozjaśniał pomieszczenie.
– Dajesz radę? – Głos z drugiej strony przepełniony był frustracją.
– A ty nie? – zażartowałam.
– Jestem na skraju wytrzymałości.
Zaśmiałam się lekko.
– Co się znowu stało? – zapytałam.
– Wyobraź sobie, że kretyn zadzwonił, że nie może wziąć do siebie Elizy na weekend, bo zaplanował wyjazd na narty ze swoją nową dziewczyną. – Ostatnie słowo podkreśliła przesadnie mocno. – A przecież umawiał się z małą, już zdążyła się spakować, i co ja mam jej teraz powiedzieć? No mówię ci, Bóg wyraźnie miał gorszy dzień, kiedy wymyślił ród męski.
– Aha – potakiwałam grzecznie, pozwalając się przyjaciółce wygadać.
Kretynem był Tomek, eks mąż Dorotki, lekkoduch jakich mało. Jego stosunki z pierwszą żoną układały się dość poprawnie, do czasu aż na horyzoncie nie zjawiała się kolejna kobieta. Wówczas zapominał o zobowiązaniach i córce.
– Zatem Eliza zostaje w domu? – spytałam, kiedy Dorota przerwała dla zaczerpnięcia tchu.
– Niestety – mruknęła wielce niezadowolona. – Muszę wymyślić, w jaki sposób jej to powiedzieć. Będzie niepocieszona. Liczyła, że ulepią bałwana.
– Bałwana, powiadasz? – Uśmiechnęłam się leciutko. – Wiesz, przyszedł mi do głowy świetny pomysł. – Spojrzałam ukradkiem w stronę kuchni, sprawdzając, czy Maks skończył rysować. – Wpadnij do mnie z Elizą. Dzieciaki się pobawią, my poplotkujemy.
Radosny śmiech po drugiej stronie świadczył, że Dorka tego właśnie oczekiwała. Nie przeszkadzało jej nawet, że zmrok równie gęstym płaszczem co śnieg przykrył naszą wieś.
– Możemy u ciebie nocować? – zapytała szybko.
– Pewnie – przytaknęłam.
Dorotka była fantastyczną przyjaciółką, a jej stany introwertyczne, w które wpadała przez swego eks, nie robiły na mnie większego wrażenia.
– Bierzcie najpotrzebniejsze rzeczy i chodźcie do nas – zadecydowałam.
– Jesteś kochana – rzuciła i chwilę później przerwała połączenie.
Z cichym westchnieniem odłożyłam telefon. Weszłam do kuchni i pogłaskałam syna po ciemnych włosach.
– Będziemy mieć gości – powiedziałam, czekając na jego reakcję.
– Kogo? – zapytał, nie podnosząc głowy znad rysunku. – Pracowników energetyki?
– Nie, ale byłeś blisko. Eliza z mamą będą u nas nocować. – To jedno zdanie sprawiło, że w oczach Maksa zamigotały wesołe iskierki.
– Eliza będzie u nas nocować?
Skinęłam głową.
– Super – westchnął rozanielony.
Przemknęło mi przez myśl, że ciekawe, czy będzie tak samo zachwycony, kiedy Eliza wróci do domu, a jemu pozostanie sprzątanie bałaganu.
Szczęściem, mój mały mężczyzna nie przejmował się tym ani trochę. Z głośnym okrzykiem „hura!” pognał do drzwi wejściowych i otwarł je, nim Dorka zdążyła zapukać. Głośny szczebiot małolatów w sieni uzmysłowił mi, że dla dzieci wspólne nocowanie, zwłaszcza gdy nie było prądu, będzie nieziemskim przeżyciem.
– Dziękuję ci, kochana. – Dorotka wtaszczyła wielgachną walizkę i spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. – Moja mała kobietka, patrz tylko, jedna noc poza domem, a ona musiała spakować pół garderoby.
Prychnęłam rozbawiona.
– Wdała się mamusię – skomentowałam nieco złośliwie.
W ubiegłym roku pojechałam z Dorotą na weekend nad Jezioro Powidzkie. Ilość rzeczy, jaką moja przyjaciółka ze sobą zabrała, spowodowała, że do samochodu nie zmieścił się namiot i z konieczności musiałyśmy wynająć domek.
Posłała mi krzywe spojrzenie i szybko zmieniła temat.
– Dość ciepło u ciebie – zauważyła przytomnie.
– Podpięłam piec centralnego ogrzewania do agregatu – powiedziałam.
A co! Byłam z siebie dumna. Dawniej nie umiałam obsłużyć wiertarki, o skomplikowanych maszynach nie wspominając. Dziś, prawie pięć lat po śmierci mojego męża, potrafiłam wykonać większość męskich zajęć w domu, począwszy od gipsowania, poprzez kładzenie tapet, po nieskomplikowane prace stolarskie i hydrauliczne. Ot, zwyczajnie, kiedy los cię zmusi, wszystkiego się nauczysz.
– Dobrze masz – westchnęła, ładując się do kuchni. – Mój agregat jest tak stary, że ledwie daje radę uciągnąć hydrofor. Dobrze, że chociaż mam kominek, inaczej chyba byśmy zamarzły na śmierć.
– Nie martw się, zawsze możesz przyjść do mnie i trochę odtajać – zażartowałam.
Zaśmiała się krótko i, wskazując palcem na sufit, skąd dochodziły dzikie odgłosy, zapytała:
– Nie pozabijają się po ciemku?
Machnęłam ręką.
– Maks ma super mocną latarkę. Do tej pory bardzo oszczędzał akumulator, ale teraz pewnie będą szaleć na całego.
– Skoro już mowa o energii. Nie masz przypadkiem ciepłej wody? Chodzi za mną kawa.
Zaśmiałam się i podeszłam do szafek.
– Jest prawie dwudziesta, a tobie marzy się kawa?
– I tak nie zasnę, taka jestem nabuzowana.
– Kofeina raczej cię nie uspokoi – zauważyłam, ale przyjaciółka zbyła mnie machnięciem ręki.
– Uspokoiłaby mnie wiadomość, że mój eks miał wypadek na nartach i złamał sobie kuśkę.
– Kuśki nie można złamać – śmiałam się w najlepsze. – W tym organie nie ma kości.
– To niech go sobie odmrozi – burknęła, poganiając mnie ręką. – No dalej, rób tę kawę i poszukaj jakichś słodyczy, inaczej oszaleję.
Pokręciłam głową, wiedząc, że kiedy Dorotka jest w fazie „nienawidzę tego kretyna”, każda rozmowa schodzi na tematy damsko-męskie. Taki stan trwał zazwyczaj kilka dni. Najczęściej do czasu, aż Tomek, wymęczony po nocnych eskapadach i zaliczaniu panienek, przypominał sobie o córce i żonie. Co prawda byłej żonie, ale zawsze. Kilka telefonów i słodkich słówek oraz zapewnień, że bardzo kocha Elizkę, zazwyczaj załatwiało sprawę. Jedno było pewne: przez lata oszukiwał Dorkę, wchodząc do łóżka wszystkim kobietom, jakie spojrzały na niego przychylnym okiem. Po rozwodzie nie zmienił się ani odrobinę, ale i tak nadal bez najmniejszego trudu potrafił oczarować była żonę.
– To kogo tym razem poderwał? – zapytałam, wiedząc, że i tak nie ominie mnie rozmowa na temat tandetnych, długonogich modelek o rozumku mniejszym niż orzeszek laskowy.
– Jakąś Agee – powiedziała, wymawiając imię obcej kobiety jak największą ohydę.
– To jakaś ksywka?
– Pseudonim sceniczny – prychnęła.
– Kolejna modelka? – pytanie było czysto retoryczne.
– A jakże by inaczej – jęknęła. Chwyciła kurczowo kubek z kawą, jakbym podawała jej pucharek ambrozji. – Powiedz mi, Marysiu, czy nie ma już prawdziwych, rozsądnych i normalnych facetów na tym świecie?
Uśmiechnęłam się smutno.
– Przykro mi, wszyscy wymarli – wyrzuciłam z siebie bez zastanowienia.
Znałam takiego jednego, fantastycznego mężczyznę. Umarł pięć lat temu, pozostawiając w mojej piersi wielką dziurę.
– Obyś nie miała racji – westchnęła. – Czy ja naprawdę wymagam tak wiele? – zajęczała. – Jeden porządny facet. Nie musi być bogaty, nie musi być nawet przystojny. Byleby tylko był uczciwy. Niechby nawet w tej chwili stanął na ganku twego domu, biorę go od razu.
– Nie wywołuj wilka z lasu – zachichotałam, grożąc jej palcem.
W tej samej chwili agregat w garażu podejrzanie zacharczał i zamarł.
– Cholera! – zaklęła Dorka. – Zepsuł się czy skończyło się paliwo?
– Raczej to drugie – mruknęłam. – Będę musiała pójść do szopki po benzynę.
– Nie bój żaby, idę z tobą – zaoferowała się. – A nuż znajdziemy gdzieś tego wilka.

Betowanie rozdziału - Nearyh
Rozdział 2
Nie śpij wilku, bo cię okradną
Ubrana w ciepłą kurtkę i śniegowce, uzbrojona w latarkę i gadatliwą przyjaciółkę, torowałam sobie drogę do szopki. Klnąc pod nosem na czym świat stoi, ledwie słuchając potoku słów Dorki, obiecywałam sobie solennie, że przed następną zimą kupię pług, traktorek, cokolwiek. W najgorszym razie przeniosę karnister z benzyną do domu. Wszystko, byle tylko nie musieć przedzierać się przez zaspy. A w tym roku matka natura nie próżnowała, śniegu nasypało więcej niż przez ostatnie pięć lat. Mojej przyjaciółce widać warunki pogodowe nie przeszkadzały, gdyż nawijała jak najęta, to narzekając na cały ród męski, to marudząc, że przydałby się jej porządny chłop.
– Nie kłap dziobem, kochana, tylko łap za łopatę i odgarniaj śnieg – rzuciłam z lekkim rozbawieniem.
Posłała mi oburzone spojrzenie, choć tak naprawdę widziałam uśmiech drgający na jej wargach.
– Coś ty taka drażliwa? – mruknęła. – Widać nie tylko mi seksu brakuje.
Przewróciłam oczyma.
– Kochana, słowo na „s” wypadło z mojego słownika ładnych parę lat temu.
Zachichotała, przy okazji prawie przewracając się w śniegu.
– Słuchaj, jak to wszystko się skończy, może pojedziemy do jakiegoś spa i poderwiemy przystojniaczków? Kilka dni upojnego seksu zaraz doda nam energii.
Nie mogłam się nie uśmiechnąć.
– Już to sobie wyobrażam, my dwie i kilku przystojniaczków oraz Maks i Elizka... – zakończyłam wymownie.
Skrzywiła się jak po zjedzeniu cytryny.
– No, może masz rację, ale zawsze możemy podrzucić nasze szkraby do twojej mamy i same skoczyć na dyskotekę albo do... burdelu?
Teraz to ja się skrzywiłam.
– Kochana, może i zapomniałam, jak to się robi, ale aż tak zdesperowana nie jestem.
– Oj tam, oj tam – mruknęła, rozgarniając śnieg na boki. – Wiele bym dała za kilka chwil zapomnienia.
Przekomarzając się, doszłyśmy do szopki. Teraz Dorota wzięła latarkę, a ja złapałam za kłódkę, przekręciłam klucz i szarpnęłam drzwiczki.
– I taki seks bez miłości by ci wystarczył? – zapytałam.
Ostrożnie weszłam do pomieszczenia, a Dora świeciła latarką. Solidny dwudziestolitrowy zbiornik stał pod ścianą.
– Ostatnie kilka lat przed rozwodem uprawiałam seks z facetem, który tylko udawał, że mnie kocha, myślę więc, że jakoś bym to przeżyła.
Nie skomentowałam słów Dorotki. Jaki był Tomek, wiedziałyśmy obie. Miał słabość do kobiet i ich słodkich kształtów.
– Pomóż mi – powiedziałam zamiast tego.
Wychyliła się zza mojego ramienia.
– Chcesz cały ten baniak tachać do garażu? Dostaniemy przepukliny.
– Nie histeryzuj. To tylko dwadzieścia litrów. Więcej waży twoja córka i jakoś nie masz obiekcji, żeby nieść ją do łóżka, kiedy zaśnie na kanapie.
Prychnęła coś na temat miłości rodzicielskiej i poświeceniu w imię wyższego dobra. Chwyciłyśmy karnister, który nie dość, że zakurzony i śmierdzący, był strasznie trudny do wytaszczenia z kąta szopki. Głośno stękając, ciągnęłyśmy dziadostwo na dwór. Śnieg sypał nieprzerwanie, zasłaniając widok domu.
– Nie było mniejszych? Czy może uparłaś się wyrabiać mięśnie w zimowe wieczory? – jęknęła kwaśno przyjaciółka.
– Nie marudź, tylko postaw na chwilę, muszę zamknąć szopę.
Zatrzasnęłam drzwi i założyłam kłódkę. Za moimi plecami Dorka tupała, strzepując płatki śniegu, które zdołały już przykleić się do jej płaszcza i spodni. Klucz zaskrzypiał w kłódce i w tej samej chwili rozległo się groźne wycie. Dźwięk był tak przejmujący, że włoski na szyi stanęły mi dęba. Moja przyjaciółka wpatrywała się we mnie z nie mniej przejętą miną. Pojedynczy zew przeszedł w dość głośne zawodzenie. Spojrzałyśmy po siebie przestraszone. Otwarta przestrzeń, która ciągnęła się za moim domem, utrudniała prawidłową lokalizację dźwięku, ale jeśli się nie myliłam, zawodzenie dobiegało zza płotu, nie z lasu. Zerknęłam w tamtą stronę i zamarłam. Dwie pary błyszczących oczu spoglądały na mnie spomiędzy gałęzi sosen. Wycie umilkło równie nagle, jak się zaczęło.
– Dorota, za płotem są wilki. – Jakimś cudem udało mi się wydobyć z siebie dźwięk. Byłam tak przerażona, że ledwie stałam na nogach.
– Bzdura, w naszej okolicy nie ma wilków, a przynajmniej przez ostatnie kilka lat ich nie widziano – mruknęła niemal spokojnym głosem.
– Och, super! – warknęłam. – W takim razie proponuję, byś poszła na tyły mojej działki i zapytała się tamtych osobników, czy przypadkiem nie pomyliły drogi.
Posłała mi kpiące spojrzenie.
– Nie panikuj, przecież nic się nie dzieje. Ja tam żadnych stworów nie widzę.
– A wycie? – upierałam się przy swoim, przecież nie byłam głucha.
Wzruszyła ramionami.
– Sama nie wiem, co słyszałam. Może to były bezpańskie psy?
– A może ten cholerny wilk, o którego się prosiłaś!? – warknęłam.
– O! To by było coś – zamruczała.
– Tylko ty mogłaś coś takiego powiedzieć! – zbeształam przyjaciółkę, ta zaś w odpowiedzi pokazała mi język.
Ponownie chwyciłyśmy baniak, taszcząc go w stronę domu i doklejonego do niego garażu. Ładnych parę lat temu połączyłam oba budynki, dzięki czemu nie musiałam tłuc się przez dwór do auta. Niestety, szopka była na drugim krańcu ogrodu. Służyła mi głównie jako schowek na narzędzia ogrodnicze i kosiarkę. Teraz, dźwigając plastikowy karnister, przeklinałam swoją głupotę.
Starałam się nie zerkać na szpaler choinek po mojej lewej stronie i nie myśleć, czy nie krył się za nimi jakiś zwierz. Zajęta rozmyślaniami, nie zauważyłam, jak Dorota, idąca przede mną, zatrzymała się gwałtownie, przez co prawie ją staranowałam.
– Co jest!? – zapytałam. – Tylko mi nie mów, że masz ochotę ulepić bałwana.
– Gorzej – syknęła, wskazując głową na dziwne ślady na śniegu.
Spojrzałam we wskazanym kierunku i musiałam zamrugać, by zrozumieć, co widziałam. Poprawiłam latarkę przewieszoną przez ramię i dopiero wtedy byłam gotowa się odezwać.
– Powiedz, że dostałaś okresu i nie założyłaś podpaski?
Spojrzała na mnie jak na dziwoląga.
– Sorry, Marysiu, ale to nie ja.
– Ja też nie! – szepnęłam.
Zerknęłyśmy na krwawe ślady, którymi ktoś lub coś obficie skropiło śnieg wokół naszych nóg. Postawiłyśmy baniak i z przestrachem rozejrzałyśmy się dookoła. Światło lampy znad drzwi nie docierało do tego miejsca. By więcej widzieć, poświeciłam latarką i zrobiło mi się słabo. Przez środek mojej działki, poczynając od wschodniego krańca, ciągnął się ciemny ślad. Mnóstwo wydeptanego śniegu i jeszcze więcej krwi.
– Okej, teraz zaczynam się bać – rzuciłam prawie szeptem.
Dorota była bardziej dosadna.
– Chrzanić paliwo, uciekajmy do domu – zadecydowała. Nie zamierzałam się z nią sprzeczać.
Nagły jęk dobiegający spomiędzy choinek spowodował, że pozostałyśmy w miejscu, a nasze nogi dosłownie przykleiły się do podłoża. Rozpaczliwe zawodzenie, przepełnione wielkim bólem, zabrzmiało raz jeszcze, po czym ucichło. Wymieniłyśmy spanikowane spojrzenia. Coś leżało w choinkach jakieś pięć metrów przed nami, tuż koło wejścia do garażu. Do domu nie sposób było się dostać, nie przechodząc obok tego czegoś.
– Masz swojego wilka! – warknęłam, kiedy minął pierwszy szok.
– Może to jednak pies? – pisnęła nie mniej przestraszona.
– Co za różnica. Cokolwiek to jest, jest niewątpliwie ranne. – Z lekcji przyrody pamiętałam, że ranne zwierzę potrafi zaatakować bez ostrzeżenia.
Dorota widocznie pomyślała o tym samym, gdyż zawróciła ku ogrodowi i chwilę później wróciła z łopatą do odgarniania śniegu oraz starą miotłą, której mój syn używał do zabawy w ogrodzie.
– Jeśli wybierasz się na szabat, to przykro mi bardzo, ale pełnia była w ubiegłym tygodniu – zauważyłam kąśliwie.
– Oczywiście – prychnęła. – A czarnego kota zostawiłam w domu. Musimy się jakoś bronić.
– Łopatą i miotłą? – zakpiłam, potulnie jednak przyjęłam miotłę.
Miałam tylko nadzieję, że policja nie znajdzie mnie zagryzioną przez jakiegoś kundla, ściskającą miotłę w dłoni. Funkcjonariusze dopiero mieliby ubaw.
– Idziemy? – zapytała Dorota. Ja tylko skinęłam głową.
Serce szaleńczo biło w mi piersi i byłam pewna, że stwór przyczajony pod drzewem również je słyszał. Nagle moje myśli skoncentrowały się na Maksie, bezbronnym i niczego nieświadomym, siedzącym w domu. W ułamku sekundy podjęłam decyzję.
– Dorota! – syknęłam.
– Co!? – Przyjaciółka prawie podskoczyła na dźwięk mojego głosu. – Nie strasz mnie.
– W domu są dzieci, nie możemy pozwolić, by to coś się na nas szczerzyło. – Po prawdzie nie miałam pojęcia, czy zwierz się szczerzy i czeka na nas, czy tylko leży i zdycha pod iglakami. Przytomnie jednak wolałam założyć, że stanowił dla nas zagrożenie.
– Chcesz go zaatakować czy z dzikim wrzaskiem biec do domu? – spytała, kiedy już przetrawiła moje słowa.
– Zaatakować – zdecydowałam. – Nie dam się zabić. Mam syna na wychowaniu.
Skinęła głową. Widać myślała podobnie.
– No, to ruszamy – rzuciła, unosząc łopatę nieco wyżej. – Pamiętaj, chroń gardło! – zawołała i chwilę później z dzikim okrzykiem rzuciła się przed siebie.
Biegłyśmy tak szybko, jak pozwalały nam na to zwały śniegu. Bliżej garażu było jeszcze więcej krwi, a pod srebrnym świerkiem nieopodal wjazdu ogromna karmazynowa plama raziła po oczach. Spod gałęzi zaś wystawała bosa stopa. Cała skąpana we krwi, ale z pewnością ludzka.
– Cholera! – zaklęła Dorota i bez wahania przybliżyła się do drzewa.
Ja zrobiłam to samo. I tak obie stałyśmy na skraju kałuży, wpatrując się w zaspę śniegu i wystające z niej ludzkie kończyny. Zdecydowanie męskie, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Nie były sine, tylko pokrwawione, zatem istniała szansa, że facet jeszcze żył.
– No, pięknie – mruknęła Dorota, unosząc łopatą gałęzie. – Spóźniłyśmy się. Wilki już kogoś dopadły.
– Tak, i przy okazji ukradły jego ciuchy – dodałam, wskazując nagie plecy ofiary. Tyle widziałam, resztę przykrywał śnieg, tylko stopy i ramiona były wyraźnie widoczne. Zupełnie jakby facet usiłował się zakopać i zabrakło mu czasu.
– Nie bądź drobiazgowa, tylko biegnij do domu i wzywaj pomoc – ofuknęła mnie Dorota.
– Jesteś pewna, że jesteśmy bezpieczne? – zapytałam szeptem.
Spojrzała na mnie i na moją zniszczoną miotłę, następnie skinęła głową.
– Tak, chyba że masz ochotę go dobić.
– Bardzo zabawne! – warknęłam, natychmiast też odrzucając durne narzędzie za siebie. Zamiast biec po telefon, wolałam skupić się na ofierze, łamiącej z taką czułością pielęgnowane drzewka.
Podeszłam bliżej i, nie zwracając uwagi na krew w śniegu, ukucnęłam przy rannym. Dorotka za moimi plecami syknęła ostrzegawczo. Zignorowałam ją. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam pomóc pogryzionemu. Zakładając oczywiście, że zaatakowały go wilki. Było równie prawdopodobne, że mężczyzna wdał się w bójkę. Tylko czy wtedy straciłby ubranie?
– Nie dotykaj go – skarciła mnie Dorota. – A jeśli jest zarażony wścieklizną?
Puściłam mimo uszu jej uwagę. Ranny mężczyzna miał dość szerokie ramiona. Tyle spostrzegłam na pierwszy rzut oka. Potężne bicepsy naznaczone śladami długich pazurów wypychały gałęzie świerku do góry. Plecy również miał olbrzymie i wcale nie mniej poharatane. Jak wyglądała reszta ciała, mogłam tylko domniemywać. Prawdopodobnie był nagi, a śnieg zakrywał wszystkie strategiczne miejsca. Twarz pozostawała w cieniu gałęzi.
– Obróćmy go – zasugerowała Dorota.
– A jeśli go tym dobijemy? – zapytałam.
Przyjaciółka wzruszyła ramionami.
– Sądzisz, że coś jeszcze może mu zaszkodzić? – prychnęła. – Jak go nie ruszymy, odmrozi sobie tyłek.
– Albo umrze z upływu krwi – dodałam.
Śnieg z pewnością nieco hamował krwawienie, ale Dorota miała rację, mój świerk nie był dobrym miejscem na odpoczynek.
Złapałam go ostrożnie za ramię i potrząsnęłam.
– Hej, słyszysz mnie?! – krzyknęłam do obcego.
Nie zareagował. Ukradkiem zerknęłam na Dorotę, ale ta tylko przygryzała wargi. Łopatę jednak uniosła, jakby planowała zdzielić rannego faceta, gdyby ten przypadkiem zaczął toczyć pianę z ust.
Zajęczał, a ja szarpnęłam mocniej, tym razem odwracając go na plecy. Ostrożnie uniosłam gałęzie i spojrzałam na nieznajomego.
Dora za moimi plecami aż zagwizdała.
– Okej, ten wieczór zapowiada się super. Mam tylko nadzieję, że facet nie wykorkuje, nim obejrzymy resztę jego boskiego ciała. Inaczej to chyba będzie podpadało pod nekrofilię, co?
Posłałam jej karcące spojrzenie, jednak w duchu przyznałam jej rację. Mężczyzna był przystojny i pewnie sam diabeł rzeźbił jego twarz. Mimo krwi na policzkach wyraźnie widać było twardą linię szczęki, prosty nos i nieco drapieżne łuki brwiowe. Jeden z nich dość mocno krwawił, stąd też pewnie tyle posoki wsiąkało w śnieg. Policzki obcego były lekko zarośnięte, ale nie umniejszało to jego urody, przeciwnie, czyniło go twardszym, bardziej niebezpiecznym.
– Zabierzmy go stąd – mruknęłam, z trudem odrywając wzrok od nieznajomego.
Nie mogłam nie zauważyć, że tors miał równie umięśniony, jak plecy czy ramiona, a za wąską linią bioder kryło się coś, co już dawno wywietrzało z mej pamięci.
– Przyniosę koc – rzuciła ze śmiechem Dorotka i chwilę później zniknęła w domu.
Westchnęłam, opadając na kolana.
– Co ty, chłopino, robisz na moich ganku? – mruknęłam bardziej do siebie niż niego. – I kto ci porwał gatki?
Dorota wróciła z dużym pasiastym kocem, szczęściem dość starym, by bez żalu wyrzucić go po całej akcji z ocalaniem bezdomnego. Niestety nie była sama. Niczym królewski orszak maszerowały, w swych zimowych kurteczkach i kaloszkach, podekscytowane dzieciaki. Zagryzłam wargi ze złości. Nie miałam ochoty pokazywać Maksowi czy Elizce obcego, zwłaszcza że był nagi, a co gorsza ledwie żywy. Z drugiej jednak strony musiałabym go ukryć w szopie albo garażu, by mieć pewność, że mój syn go nie wywęszy. A w rozwiązywaniu zagadek mój szkrab był po prostu mistrzem.
– Nie udało mi się ich utrzymać w domu – mruknęła przepraszająco Dorota.
– Trudno – skwitowałam.
Maks już stał nade mną i z zapartym tchem wpatrywał się w obcego.
– Nie żyje? – zapytał głosem przepełnionym zarówno ekscytacją, jak i przerażeniem.
– Jeszcze trochę mu do tego brakuje – odpowiedziała zamiast mnie Dorota.
– Nie powinniście tutaj przychodzić, to nie widok dla dzieci.
– Wy go tak urządziłyście? – Malec sprawiał wrażenie, jakby nie usłyszał moich wcześniejszych słów.
– Maks! – Zmierzyłam syna karcącym wzrokiem. – Co też za brednie opowiadasz!
Krew na śniegu i ciele golasa nie robiły na nim wrażenia. Było jej sporo, chociaż, jak się nad tym zastanowić, to śnieg dość łatwo się zabarwia, potęgując efekt wizualny.
Absolutnie niezmieszany, wzruszył tylko ramionami.
– Żartowałem, on naprawdę jest ranny? Wygląda trochę jakby go ucharakteryzowano i dla niepoznaki posmarowano ketchupem. Mam tylko nadzieję, że to wszystko nie jest prawdziwe, inaczej będę miał koszmary przez resztę życia.
– On tylko udaje – mruknęła Dorka, podchodząc bliżej i narzucając koc na nagiego faceta.
– A gdzie jego ubranie? Ktoś je zabrał, ukradł, a może zżarł? – wtrąciła się Elizka, niczym Sherlock Holmes wietrząc sensację.
– Tego nie wiemy – odparłam, siląc się na spokój.
Głową dałam znać przyjaciółce, by złapała za stopy rannego. Chwyciłam nieznajomego za ramiona i na trzy obie szarpnęłyśmy. Oczywiście był ciężki jak zapaśnik sumo i trochę się nasapałyśmy, usiłując wytaszczyć go spod gałęzi. Szło nam opornie, koc powiewał na nim niczym flaga żałobna. Co kilka kroków przystawałyśmy i kładłyśmy go na ziemię.
– Jasna cholerka, jaki on ciężki – stęknęła Dorota.
– Bezwładne ciało waży raz tyle co normalnie – zawyrokowała od razu Elizka.
Posłałyśmy jej z Dorotką mordercze spojrzenia
– Dzięki, mądralo – mruknęłam. – A teraz maszeruj i otwórz drzwi.
Elizka zachichotała i zaraz też, żwawo podskakując, wyprzedziła nas. Wbiegła na ganek, otworzyła drzwi i już miała zrobić nam przejście, gdy nagle zamarła, a palcem pokazała na nieprzytomnego.
– Ciociu, mamusiu, temu panu z pupy wystaje ogon.

Betowanie rozdziału - Nearyh
Rozdział 3
Po co mężczyźnie dwa ogonki?
Miałam ochotę ją uszczypnąć, a w najgorszym wypadku trzepnąć w ucho. Zamiast tego powiedziałam:
– Może się zamienimy? Z radością zaciągnę go do twojego domu.
Zachichotała.
– A za co go pociągniesz? Za ogonek? – Żarty wyraźnie się jej trzymały i wkrótce sama się roześmiałam.
– Okej, masz rację, przepraszam. – Uniosłam ręce w geście poddania.
Śmiałyśmy się chwilę, ignorując zdziwione spojrzenia dzieci, które nie bardzo wiedziały, czemu tak śmieszy nas „ogonek”. A tak swoją drogą musiałam w końcu go obejrzeć. Jakoś nie dowierzałam dzieciakom, by facet miał nadprogramową część ciała.
– Co chcesz teraz zrobić? – Dorota jako pierwsza się uspokoiła. – Zadzwonisz po pogotowie, policję? – Uniosła pytająco brwi.
Przyjrzałam się krytycznie obcemu leżącemu niczym śpiąca królewna przed moim kominkiem. Koc, którym przykryłyśmy go jeszcze na dworze, zakrywał większość paskudnych ran, dając złudne wrażenie, że mężczyzna był zdrowy. Ja wiedziałam swoje. Pamiętałam, że plecy i lewe ramię miał mocno poharatane. Spod przykrycia wystawały stopy. Te również nie wyglądały najlepiej, jakby mój golas biegał po rozżarzonych węglach, nim w końcu zdecydował się odsapnąć pod świerkiem. Tylko twarz wyglądała bez zarzutu. Próbowałam ustalić, w jakim mógł być wieku, ale zarośnięte policzki skutecznie mi to uniemożliwiały.
– Maks, podaj mi komórkę, Dorotko, w łazience jest apteczka – zarządziłam.
Musiałam się czymś zająć, żeby nie zwariować. Jeszcze nad sobą panowałam, obawiałam się jednak, że lada chwila poziom adrenaliny spadnie i ręce zaczną mi się trząść z przerażenia. A przecież nie mogłam pozwolić sobie na atak paniki przy dzieciach. Jakby tego było mało, nie uruchomiłam agregatu, zatem za godzinę lub dwie ogień zgaśnie w piecu i już tylko kominek będzie nas chronił przed zimnem.
Maks wrócił chwilę później z telefonem, ale z miny mojego chłopca już wiedziałam, że nie było dobrze.
– Bateria padła – powiedział z wyrzutem. – Mówiłem, że powinnaś ją oszczędzać, ale ty wolałaś plotkować.
Przeklęłam w myślach. No, to byłyśmy ugotowane. Jak miałam pozbyć się obcego, skoro nie mogłam zadzwonić po pomoc? Inna sprawa, że w taką pogodę raczej nikt nie będzie martwił się zajrzeniem do zapomnianej przez Boga wsi.
Spojrzałam krytycznie na mojego pacjenta. Nie poruszał się, ale też nie sprawiał wrażenia chorego. Kolejny raz przeklęłam w myślach. Dora wróciła już z apteczką.
– Nie wiem, czy mam taką ilość plastrów i bandaży – zauważyłam ponuro, wykładając zawartość podręcznego zestawu pierwszej pomocy na stół w salonie.
– Może wystarczy rany tylko oczyścić? Nie wiem, czy zauważyłaś, ale już nie krwawi. Taszczyłyśmy go jakieś dziesięć, może piętnaście metrów i przez ten czas nie zgubił ani jednej kropli krwi. Nie wydaje ci się to dziwne?
Zerknęłam na podłogę. Była czysta. Dorotka miała rację.
Cholera, zaklęłam w myślach. Sytuacja była co najmniej niecodzienna.
– Bierzmy się do pracy – zadecydowałam, naciągając lateksowe rękawiczki na dłonie. Czy był człowiekiem, czy nie, należało go opatrzyć.
Dora spojrzała wymownie na rękawiczki.
– Boisz się, że ma AIDS, czy raczej obstawiasz wściekliznę?
Moja przyjaciółka bawiła się fantastycznie, a pomysł dzieci z pół człowiekiem, pół psem bardzo przypadł jej do gustu. Kątem oka zauważyłam, że Maks wsunął sobie mój szary puchowy szalik za pasek spodni i z zapałem godnym młodego aktora udawał, że był wilkiem. Elizka pobiegła na piętro, zaś mój małoletni podretuszowany wilczek pognał za nią. Dzikie wrzaski i wycie chwilę później wypełniło całe poddasze.
– Chwila spokoju – mruknęłam, klękając przed kominkiem.
Dora przysunęła się bliżej, ostrożnie zsunęła koc z ciała mężczyzny, ponownie odsłaniając tors naszego księcia. Sapnęłyśmy obie. Faktycznie, klatkę piersiową miał imponującą, co tylko świadczyło, jak wiele godzin musiał poświęcać na pracę nad zbudowaniem takiej góry mięśni. Okej, może to i pięknie wyglądało, może każdej kobiecie miękły nogi na widok drabinki na brzuchu. Ja byłam jednak sceptyczna, zbyt wiele godzin poświęciłam na zgubienie paru fałdek tłuszczu, pamiątek po moim szkrabie, by nie wiedzieć, że siłownię w dziewięćdziesięciu procentach odwiedzały typki o mózgu mniejszym niż orzeszek laskowy. W duchu poprosiłam, by facet brudzący mi krwią podłogę dorobił się swoich mięśni ciężką pracą fizyczną, inaczej sama będę musiała dobić go szuflą od śniegu. Przekręciłyśmy go na bok, by jednocześnie obejrzeć ramię i plecy.
– Nie krwawią – zauważyła Dora, dotykając palcem długiego rozcięcia ciągnącego się od ramienia aż po środek brzucha. – Wydawało mi się, że na dworze spływała z niego krew. – Spojrzała na mnie zaskoczona.
Mnie też, nie powiedziałam tego jednak na głos, bo przestraszyłabym samą siebie. Większość ran, na które patrzyłyśmy, nie wyglądała tragicznie, nie żebym się na tym znała. Żadna jednak nie zdawała się głęboka, żadna też nie krwawiła. Wszystko wskazywało na to, że po sporej liczbie wycinankowych wzorków nie zostanie mu nawet ślad, w najgorszym razie może kilka blizn.
Ostrożnie nasączyłam gazik wodą utlenioną i przemyłam te z rozcięć, które ciągle jeszcze sprawiały wrażenie potencjalnie niebezpiecznych. W sumie jednak nie było tak źle. Albo więc nieznajomy miał dużo szczęścia, albo posiadał jakąś dziwną zdolność do samoregeneracji.
W czasie gdy ja pielęgnowałam niecodziennego gościa, Dorotka uklękła przy jego nogach i, zsuwając powolutku koc z bioder, usiłowała dojrzeć, co skrywał pomiędzy kształtnymi nóżkami.
– Przestań! – zbeształam ją, ale ona tylko zachichotała.
– Oj, daj spokój, nie korci cię, by sprawdzić? – spytała z miną niewiniątka.
Przewróciłam oczyma. Czy mnie korciło? Mało powiedziane, skręcało mnie z niepewności. Usiłowałam wytłumaczyć jednak sobie, że to nie jest możliwe i czasy, kiedy ludzie posiadali dłuższą kość ogonową, dawno minęły.
– To głupie – upierałam się dla samej zasady. – Jesteśmy dorosłe i wiemy, jak nago wygląda mężczyzna. Poza tym to niemoralne, nie uważasz?
– Póki nie ma dzieci, możemy bezkarnie popatrzeć – kusiła, wiedząc, gdzie uderzyć.
– Och, bardzo zła z ciebie kobieta – mruknęłam.
Posłusznie jednak przysunęłam się do niej i tak jak ona wyciągnęłam szyję, by zajrzeć na tyły naszego gościa.
Zachowywałyśmy się niewłaściwe, wiem. On był nagi, a to, co robiłyśmy, podpadało pod kilka paragrafów kodeksu karnego, zwłaszcza te o molestowaniu. Ale co tam, wszak to nie ja go rozebrałam i nie ja pociachałam go jak mięso na gulasz, nie wspominając już, że nie upchałam go pod choinki. Sam najprawdopodobniej tam wlazł. Ja tylko usiłowałam mu pomóc.
Uspokojona i rozgrzeszona, położyłam rękę na pośladku nieznajomego i powoli przesunęłam ją w dół. Kominek dawał co prawda trochę światła, ale nie na tyle, by dokładnie zobaczyć, co golasek miał między pośladkami, a raczej czy miał nadprogramowego?
– Pośpiesz się – mruknęła Dora, coraz bardziej zniecierpliwiona. – Guzdrasz się, czy może planujesz zrobić mu kolonoskopię?
Biorąc pod uwagę, że na rękach ciągle miałam te przeklęte rękawiczki, było to całkiem prawdopodobne i pewnie bym zachichotała, gdyby nie to, że moje palce natrafiły na coś dziwnego w miejscu, gdzie nic takowego być nie powinno. Omal nie krzyknęłam, serce zabiło mi szaleńczo. Palce odruchowo zacisnęły się na dziwnym kształcie. Miałam uczucie, że robię coś niestosownego, zupełnie jakbym usiłowała zbadać mu prostatę. Nie mogłam jednak zaprzeczyć, że obcy posiadał jedną nadprogramową część ciała. Przełknęłam ślinę. Dzieci się nie myliły, to był ogon. Najprawdziwszy, wyraźnie wyczuwałam kosteczki i gęste futro pokrywające go na całej długości.
– No i co? – Dora niecierpliwie usiłowała zajrzeć mi przez ramię.
Przesunęłam palcami po ogonku mojego gościa, w myślach odnotowując, że był dość długi, po czym uniosłam jego koniuszek wprost do oczu nadpobudliwej przyjaciółki.
– O to pytałaś? – rzuciłam z udawaną swobodą.
– O cholera! – zaklęła, padając na tyłek. – To, to... jest ogon. On naprawdę go ma! – Jej oczy zrobiły się okrągłe z wrażenia. – Na wszystkich świętych, co my teraz zrobimy? – jęknęła.
Już miałam jej odpowiedzieć, gdy czyjaś ręka zacisnęła się na moim pośladku, a chwilę później obcy poruszył się.
– Jeśli chciałyście mnie molestować, zapewniam, że trochę nie tak się do tego zabieracie, poza tym, odpowiednią część ciała mam z przodu – zamruczał, przekręcając się na plecy.
Krzyknęłyśmy przestraszone, odruchowo cofając się jak najdalej od niego, szorując pośladkami po panelach. Nieznajomy tymczasem, zupełnie nie przejmując się nagością, wsunął dłonie pod kark i, prężąc muskuły, spojrzał na nas wielce wymownie.
Gwoli przypomnienia, kocyk zsunął się z jego ciała, kiedy usiłowałyśmy obejrzeć ogon, teraz zaś wszystko, co powinien mieć stuprocentowy mężczyzna, a czego nie powinien pokazywać na pierwszej randce, było na wierzchu.

Betowanie rozdziału - Nearyh
Rozdział 4
Co mi zrobiłyście?!
Pierwsza opanowała się Dorota. Uniosła się na kolana i uważniej przyjrzała naszemu samcowi. Minę robiła przy tym jak kot na chwilę przed połknięciem kanarka. Miałam tylko nadzieję, że zakrztusi się piórkami.
– Dobrze wyglądasz jak na kogoś, kto chwilę temu był bliski śmierci – zachichotała, przysuwając się bliżej.
Syknęłam na nią, ale zignorowała moje protesty.
Nieznajomy uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Czuję się wprost wyśmienicie – mruknął niskim głosem, nieco chrapliwym, bardzo pasującym do jego postury.
– Dziesięć minut temu podlewałeś własną krwią moje świerki – dołożyłam swoje – teraz zaś zachowujesz się jak młody bóg. – Otrząsnęłam się już z pierwszego szoku, podniosłam się na kolana, a potem wstałam. Górując nad mężczyzną, czułam się nieco lepiej. Zdjęłam lateksowe rękawiczki i zmierzyłam go ostrym spojrzeniem.
Lekko wzruszył ramionami, choć nie umknęło mojej uwadze, że radość wyparowała z jego oczu.
– Długo tu jestem? – zapytał, poprawiając się na posłaniu.
– A jak ci się zdaje? – odparłam pytaniem na pytanie.
– Nie mam pojęcia – odrzekł rozbrajająco. – Widzę jednak, że nie próżnowałyście. – Posłał nam wymowne spojrzenie.
Dorka zachichotała, ja zaś miałam ochotę ją udusić.
– Zbyt wiele sobie wyobrażasz – zgasiłam jego entuzjazm. – Trzeba było nie biegać na golasa w czasie śnieżycy. A tak w ogóle, to mógłbyś się przykryć, w domu jest dwoje dzieci. – Jakby na potwierdzenie moich słów na piętrze rozległy się dzikie krzyki.
Nieznajomy zmieszał się odrobinę i zdołał chwycić przykrycie dosłownie w chwili, kiedy rozbrykane maluchy zbiegły po schodach.
Oba niesforne szkraby natychmiast dostrzegły, że obcy się przebudził. Wręcz widziałam entuzjazm na twarzy Maksa. Eliza była nieco ostrożniejsza. Zmrużyła błękitne oczka i z miną godną super detektywa podeszła do golasa.
– Jak się nazywasz? – zapytała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nieznajomy wpatrywał się w dzieci z taką miną, jakby były co najmniej z innej krainy. Widząc, że się mu nie przywidziało i oba maluchy nie są bynajmniej zjawami, odparł:
– Łukasz, choć mówią na mnie Luc.
Elizka skinęła głową, a ja prawie usłyszałam, jak odhaczała na swojej liście pierwsze z pytań. Bardzo długiej liście, jeśli idzie o ścisłość.
– Co robiłeś w ogródku cioci Marysi? – Kolejne pytanie musiało zbić go jeszcze mocniej z tropu, gdyż chrząknął i nieznacznie poprawił się na posłaniu. Przeskakiwał spojrzeniem z Dorki na mnie, wyraźnie nie wiedząc, która z nas to „ciocia Marysia”.
– Czekamy – ponaglił go Maks. – Sam wlazłeś pod choinki, czy ktoś cię tam wepchnął?
– Nikt mnie nigdzie nie wpychał – warknął nieco sfrustrowany i jak dla mnie przytłoczony Łukasz.
– A więc ty sam wpadłeś na pomysł, by się tam schować? – dociekała Elizka.
Podrapał się za uchem i zrobił to tak jednoznacznie, że przez chwilę miałam wrażenie, że widzę przed sobą psa.
Potrząsnęłam głową, próbując odpędzić tę wizję. Mogłam przerwać dziwną dyskusję, nie zrobiłam tego jednak. Kto jak kto, ale dzieci potrafiły być bardziej dociekliwie niż dorośli i trudniej było ukryć przed nimi cokolwiek nietypowego. Kątem oka zauważyłam, że Dorota doszła do takich samych wniosków. Podniosła się z kolan i, przysunąwszy sobie krzesełko niedaleko Łukasza, obserwowała całą przepychankę z wielkim uśmiechem.
Eliza nie zamierzała tak łatwo ustąpić.
– Kto cię tak podrapał? I nie mów, że miejscowe koty, bo one z ledwością wchodzą na akację, a drapać potrafią tylko pluszowe poduchy.
Mężczyzna zamrugał, zaskoczony spostrzegawczością dziewczynki. Usiłował nawet podciągnąć koc, by zakryć ramiona, jednak kiedy to robił, naszym oczom ukazywały się jego łydki i kolana. Warknął gniewnie, czym tylko wprawił dzieci w jeszcze większe osłupienie.
– Rzeczywiście masz w sobie coś ze zwierzęcia – zauważyła Dorota.
Łukasz zbył jej słowa wzruszeniem ramion. Szybko skupił wzrok na mnie.
– Gdzie jestem? – zapytał.
– A nie wiesz?
Pokręcił głową.
– Opuściłem Poznań pod wieczór, kierując się na południowy wschód.
Zmarszczyłam brwi. Kierunek się zgadzał, tylko czego szukał w moich stronach?
– Dlaczego? – dociekałam.
Wyglądał na zaskoczonego.
– Nie rozumiem? – bąknął.
– Dlaczego znalazłam cię na swojej działce, w dodatku nagiego i krwawiącego? – Mięśnie na jego twarzy napięły się, wyraźnie usłyszałam, jak zazgrzytał zębami i byłam pewna, że wiedział więcej, niż chciał powiedzieć.
– Napadnięto na mnie – odpowiedział zdawkowo. – Ukradziono mi motor i rzeczy.
– Czy napastnicy mieli cztery łapy, futro i ostre pazury? – zaatakowałam bez uprzedzenia.
Niestety, jeśli myślałam, że pęknie i wyczytam z jego twarzy prawdę, myliłam się. Łukasz milczał jak zaklęty. Nawet się uśmiechnął i był to iście kpiący, wkurwiający uśmieszek.
– Nie wiem, co piłyście, moje panie, ale musiało nieźle kopać – zaśmiał się. Do dzieciaków zaś mrugnął porozumiewawczo. – Przyniosłybyście mi coś do ubrania? Jakieś spodnie po tatusiu, bluzę?
Maks zmarszczył czoło, zaś Elizka tylko prychnęła.
– Mój tatuś nie żyje – odrzekł Maks, nim zdołałam go powstrzymać, a Eliza dołożyła swoje:
– A mój nie mieszka z nami. Zdaniem mojej mamy to skończony kretyn, więc i tak jego rzeczy nie pasowałyby na ciebie.
Łukasz, nawet jeśli rozbawiła go uwaga dziewczynki, nie dał tego po sobie poznać, Dora zaś rumieniła się w najlepsze.
– Okej – mruknął. – Może jednak coś by się znalazło?
Udawałam, że muszę się zastanowić. Ostentacyjnie pukałam się po czole.
– Wydaje mi się, że mam stary rozciągnięty dres. Na mnie jest dużo za duży, ale ty powinieneś od biedy się w niego wepchnąć.
– Super – zgodził się nazbyt chętnie, gładko przełykając fakt, że miał założyć babski ciuch. Już siadał na posłaniu, gdy zadałam cios.
– Niestety, jest różowy.
Jęknął tak rozpaczliwie, że prawie zrobiło mi się go żal. Prawie, wszak wiedziałam, że kłamał Dora spojrzała na mnie podejrzliwie, ale Maks szybko połapał się w moim toku myślenia. Wesołe iskierki zamigotały w jego oczach.
– To ja przyniosę! – zawołał, chichocząc.
Pognał na górę, a Eliza za nim. Ponownie zostaliśmy sami. Spojrzałam ostro na mojego gościa, który usiadł po turecku. W tej pozycji koc zasłaniał zaledwie jego biodra. Korciło mnie, by podejść bliżej i spojrzeć, czy przypadkiem ogonek nie fajczył się od ciepła buchającego z kominka. Zastanawiałam się, w jaki sposób zagadnąć Łukasza o jego dodatkowy atrybut, a sądząc po minie i niespokojnym przebieraniu nóżek mojej przyjaciółki, miała ten sam dylemat. Ostatecznie zdecydowałam, że zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie.
– Mieszkasz tu sama? – zagadnął pan seksowne pośladki.
– Nie, mieszka ze mną mężczyzna, jeśli o to pytasz – odcięłam się.
Myślał chwilę, nim zrozumiał, o kim mówiłam. Uśmiechnął się lekko.
– Mogę chociaż wiedzieć, jak macie na imię? – ponownie usiłował nawiązać kontakt.
Próbowałam znaleźć właśnie ciętą odpowiedź, ale Dorka, która paliła się do bliższego poznania pana „dwa ogonki”, zaczęła szastać imionami. Stroszyła przy tym piórka i potrząsała biustem niczym pawica na wybiegu.
– Jestem Dorota, a to Maria. Dzieciaki to Maks i Eliza.
– Jesteście parą? – zapytał, przeskakując spojrzeniem z Dorki na mnie.
Uśmiechnęłam się szeroko. O, tego nie przewidziałam.
– Oczywiście – podjęłam grę.
Dorka syknęła, gromiąc mnie wzrokiem, Łukasz jednak tego nie dostrzegł.
– Ciekawe – mruknął tylko. – Tworzycie jakieś stado, tak? I macie dzieci z różnymi facetami?
Prychnęłam, a Dorotka wprost zarumieniała się ze złości.
– Tak, jesteśmy najbardziej pokręconym stadem, jakie można sobie wyobrazić – ciągnęłam, bawiąc się coraz lepiej, mój gość był za to coraz bardziej zdziwiony.
Pewnie dorzuciłabym coś jeszcze, ale Maks wrócił już z odzieżą. Spodnie były ogromne i nieco workowate. Bluza wciągana przez głowę miała kaptur i wielgachną kieszeń typu kangurek, przez co wyglądała jeszcze okropniej. Całość miała kolor osobliwego gaciowego różu. Z niekłamaną satysfakcją patrzyłam, jak mój malec podawał owe „coś” zszokowanemu samcowi.
– Chyba sobie żartujesz? – warknął, oglądając rzeczy.
Pokręciłam głową.
– Oczywiście, że nie. Nie mam w domu nic większego, a jedyne męskie cichy należą do Maksa. W jego spodnie jednak się nie wciśniesz. – Udałam, że mierzę go spojrzeniem i szacuję rozmiar.
W rzeczywistości bawiłam się doskonale, a na strychu miałam jeszcze całkiem sporo ubrań po mężu, obcy jednak nie musiał tego wiedzieć. Dres, który dostał, również należał do Mateusza, tylko że pierwotnie miał jasnoszary odcień i pewnie nadal by taki był, gdyby do pralki nie dostały się moje czerwone majtki. W efekcie wyciągnęłam całkowicie różowe pranie.
Zazgrzytał zębami i jeśli mnie słuch nie mylił, zmiął w ustach przekleństwo, w końcu jednak chwycił spodnie.
– Odwróćcie się – zażądał, machając na nas ręką.
Wzruszając ramionami, obróciłam się. I tak co miałam widzieć, już widziałam. Dorka mocniej się opierała, ale chwyciłam ją za rękę. Maluchy również potulnie cofnęły się do korytarza. Wiedziałam jednak, że z zapałem czekały, co zrobi nasz gość i czy faktycznie wciągnie różowe wdzianko na swe boskie ciało.
Minęła dłuższa chwila, przerywana gniewnymi pomrukami i przekleństwami. Słyszałam, jak podnosił się z posłania i stawał na chwiejnych nogach. Przeklinał, na czym świat stoi, na kobiety oraz ich durne uwielbienie dla różu, a potem usiłował się ubrać. Prawie mu się udało. Niemalże byłam pewna, że za chwilę zawoła „odwróćcie się”, gdy tymczasem ryknął lub raczej wrzasnął jak zarzynany zwierz: „Co wy żeście mi, do kurwy nędzy, zrobiły?!”
Obróciłyśmy się, a chwilę później do salonu wbiegły dzieci. Muszę przyznać, że widok warty był uwiecznienia i nawet żałowałam, że moja komórka padła. Ta jedna fotka mogłaby zapewnić więcej lajków niż selfie z Ronaldo.
Przed moim kominkiem stał facet umięśniony jak Jason Momoa, z przepiękną drabinką na brzuchu i górą mięśni stanowiących jego ramiona. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że między nogami plątały mu się różowe portki, on zaś zasłaniał męskość puszystym ogonkiem. Niemal westchnęłam. Niemal, bo mój gość gromił mnie spojrzeniem.
– Co żeście mi zrobiły?! – wrzeszczał, przytulając do pachwin koniec srebrno szarej kity.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi? – spytałam. Nie uszło mojej uwadze że tulił ogon z niezwykłą czułością. – Jeśli już ktoś powinien się tłumaczyć, to chyba ty? Mnie ogon nie wyrasta z dupska. – Naprawdę starałam się nadać głosowi gniewny ton, ale te różowe coś między jego włochatymi kolanami, sami rozumiecie… Czułam, że usta drgały mi w uśmiechu.
Dorka zaś śmiała się całkiem otwarcie. Podobnie dzieci. Maks zakrył sobie ręką usta, a Elizka dostała czkawki z nadmiaru emocji.
– Przyczepiłyście mi ogon? – Niedowierzanie w dalszym ciągu malowało się na jego twarzy. – Jak mogłyście mi to zrobić i w ogóle jak wam się to udało?
– Nam? – Spojrzałam na Dorotę. – Skarbie, to ty wyglądasz jak brakujące ogniwo pomiędzy psem a człowiekiem, i my nie mamy z tym nic wspólnego.
– Jakim psem?! – wrzasnął tak głośno, że dziw brał, iż ściany nie popękały.
Popukałam się palcem w czoło, sugerując, jakim był debilem, i widać zrozumiał, gdyż ściszył nieco głos:
– Jak już to wilkiem – dokończył ostrożniej.
– Robi się ciekawie – wtrąciła Dorotka. – Od początku obstawiałam wilki. Nie sądziłam jednak, że wpadnie do nas taki żywcem wyjęty z Czerwonego Kapturka. Co jeszcze potrafisz wyczarować? Uszy, zęby, może pazury? – Oglądała go jak żywy eksponat, a facet miał coraz bardziej przerażoną minę.
– Wariatki – mruknął. – Wylądowałem na jakimś zadupiu, bez prądu, za to z dwoma psychopatkami eksperymentującymi na zwierzętach.

Betowanie rozdziału - Nearyh
Rozdział 5
Kto ukradł moje futerko?
Przy akompaniamencie przekleństw i złorzeczeń mój gość próbował upchać swoje wilcze dziedzictwo w spodnie. Muszę przyznać, że usiłowałam się nie śmiać. Naprawdę usiłowałam. Ale on tak strasznie marudził i jęczał, upychając ogon, i za każdym razem, kiedy już był zadowolony, okazywało się, że z tyłu wyglądał, jakby miał pampersa, a w najgorszym razie mocno „nasrane”.
Minęło kolejne półgodziny, a my ciągle znajdowaliśmy się w punkcie wyjścia: dwie kobiety, dwoje małoletnich łobuziaków i jeden facet usiłujący wcisnąć w różowe spodnie goły tyłek z wystającym z niego ogonem. To było nawet zabawniejsze niż kabaret.
Kolejny kwadrans później nie wytrzymałam, chwyciłam ze stołu nożyczki i podeszłam do Łukasza.
– Co chcesz z tym zrobić?! – warknął, nim zdążyłam otworzyć usta. – Nic mi nie utniesz.
Uśmiechnęłam się słodko.
– Kochanie, gdybym chciała ci coś uciąć, z pewnością bym ci o tym nie powiedziała. Zapewniam cię jednak, że chociaż jest zima, nie potrzebuję szalika – rzuciłam.
Zmarszczył brwi, ciągle nieufny.
– Słuchaj, wytnę otwór w spodniach i przełożysz na zewnątrz – machnęłam ręką w powietrzu – to, co tam masz, co ty na to?
Dłuższą chwilę myślał, by w końcu skinął głową.
– Będę wyglądał jak idiota – mruknął, ściągając spodnie.
Wzruszyłam ramionami.
– Jak już mówiłam, to nie ja ganiałam na golasa po śniegu.
Jedną ręką podał mi spodnie, a drugą sięgnął po koc. Szybko zasłonił najwrażliwsze miejsca.
Ostatkiem sił powstrzymałam się przed komentarzem: że wszystko już widziałam. Sprawnie wycięłam niewielki otwór mniej więcej w miejscu, gdzie moim zdaniem powinien wychodzić ogonek, i dopiero wtedy oddałam mu spodnie. Patrzył na mnie krzywo, wyraźnie usiłując rozgryźć, czy byłam wobec niego złośliwa, czy tylko sytuacja tak się dla niego niekorzystnie ułożyła. Cóż, byłam złośliwa. Nie zapraszałam go do mojego domu, nie wspominając już o tym, że przeczucie mówiło mi, iż kłamał.
Tym razem nie kazał nam się odwrócić. Chwilę szamotał się pod kocem, usiłując wepchnąć ogon w otwór, ale chyba w końcu mu się udało, gdyż z wyraźną ulgą odrzucił okrycie. Wyglądał słodko, wręcz landrynkowo, jak postać żywcem wyrwana z mangi. Wciągnął bluzę, dopełniając cudacznego wyglądu. Dopiero wtedy z niesmakiem spojrzał na swoje ubranie, a ja ledwo powstrzymałam się przed parsknięciem. Dzieci i Dora były mniej subtelne.
– Szkoda, że nie wzięłam aparatu – pisnęła Eliza, a wilk aż sapnął ze złości.
– Tylko spróbujcie – zasyczał na dzieci, do mnie zaś rzucił: – Czy mógłbym skorzystać z łazienki?
Wzruszyłam ramionami i wskazałam kierunek.
– Korytarz, pierwsze drzwi po lewej.
Ruszył w tamtą stronę, mrucząc coś pod nosem, zapewne przekleństwa. Kiedy tylko zniknął za drzwiami, doskoczyła do mnie Dorota.
– Ale ubaw – szepnęła mi do ucha. – W życiu bym nie podejrzewała, że coś takiego nas spotka. Aż nie mogę się doczekać, co jeszcze się wydarzy.
– Ja też – rzuciłam, zaskoczona tym, że faktycznie tak myślałam.
Nasz gość był może irytujący, ale, na Boga, po tylu latach samotności jego złośliwe docinki odbierałam jak powiew świeżości w szarzyźnie mojego życia.
– Myślisz, że to jakiś czubek? – pytała przyjaciółka.
– Możliwe. – Potarłam czubek nosa.
Ta jedna sprawa nie dawała mi spokoju. Nie bardzo wierzyłam w istnienie ludzi mogących przyjmować zwierzęcą formę. Owszem, księgarnie zasypywały nas historiami o zmiennokształtnych. Sama sporo czytałam, ale nigdy nie traktowałam ich inaczej jak fikcji literackiej. A teraz moja naiwność miała mnie ugryźć w dupę. No, może nie dosłownie. Po domu kręcił się facet zbudowany jak młody bóg, z muskulaturą taką, że fotografowie powinni ustawiać się do niego w kolejkę. I wszystko byłoby super, gdyby nie jeden nadprogramowy szczegół, którego nijak nie mogłam sobie wytłumaczyć – ogon wilka. Zatem albo mój nieznajomy był zmiennokształtnym i jakimś cudem przekombinował z przemianą, skutkiem czego ogon nie chciał zniknąć, albo był totalnym świrem, przekupił jakiegoś nieszczęsnego lekarza, który wszczepił mu to puchate coś w tyłek.
Tak czy siak, ktoś kłamał. Osobiście stawiałam na faceta buszującego w mojej łazience. Jak dla mnie, wiedział, czym był i skąd miał ogon. W przeciwnym wypadku, nie głaskałby go z taką troską. Na razie zamierzałam poczekać na rozwój wypadków, a w międzyczasie dobrze się bawić.
Minęło dobre dziesięć minut, nim Łukasz wyłonił się z łazienki. Minę miał nietęgą, zmierzwione włosy i spocone czoło. Albo więc męczyło go potężne zatwardzenie, albo kombinował coś niegrzecznego. Odruchowo spojrzałam na jego ręce i krok, szukając oznak zmęczenia materiału.
– Czy mógłbym skorzystać z telefonu? – zapytał.
Wyglądał na mocno speszonego. Odruchowo przeczesał ciemne włosy, plącząc je jeszcze bardziej.
– Padła mi bateria. – Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Zaklął pod nosem, wyraźnie niezadowolony z mojej odpowiedzi.
– Spieszysz się gdzieś? – zagadnęła go Dorka. Przyjaciółka podeszła do niego i, wodząc paluszkami po jego napiętych bicepsach, zaczęła obchodzić go dookoła. – Źle ci z nami? – Jej głos ociekał słodyczą.
Słysząc ostatnie zdanie, prawie dostałam czkawki. Już sugestywniej nie mogła zaprosić go do zostania.
– Będziesz musiał poczekać do końca wichury, a potem pewnie kilka kolejnych dni – powiedziałam, dopiero w tej chwili zdając sobie sprawę, że faktycznie tak właśnie będzie.
Zmrużył oczy.
– Aż tyle? Dlaczego? To zwykła wieś, nie jakieś zadupie w Bieszczadach.
Prychnęłam.
– Uwierz mi, to miejsce zapomniane przez Boga, a już z pewnością zapomniane przez pracowników elektrowni. Kiedy śnieżyca ustąpi, a oni zabiorą się do usuwania awarii, o mojej wsi przypomną sobie dopiero, kiedy już wszystko inne będzie zrobione, a sami będą szykować się do domu.
Nie wyglądał na zachwyconego, raczej na rozzłoszczonego. Zdjął rękę Dory ze ramienia i choć nie był przy tym niegrzeczny, stanowczo odsunął się od niej.
– No to mam przesrane – mruknął.
Podszedł do krzesła i usiadł na nim ciężko, długi ogon opadł za nim na podłogę. Poruszał nim z taką łatwością, z jaką robił to mój kot. Zatem nie był to martwy atrybut, tylko całkiem sprawna część ciała.
– A tak konkretnie, co masz na myśli? – zapytałam, podchodząc bliżej i stając naprzeciwko niego.
Uniósł głowę, przez chwilę mierzył mnie czujnym spojrzeniem brązowych oczu, a do mnie dotarło, że jeszcze żaden facet nie patrzył na mnie w taki sposób.
– Nie powinno mnie tu być – cedził słowa, jakby nie wiedział, ile mógł mi powiedzieć.
– A to mi nowina – prychnęłam lekko. – I tak miałeś sporo szczęścia, gdyby nie skończyło się paliwo w agregacie, nie wyszłybyśmy na dwór i nie znalazłybyśmy cię. Co, jak się pewnie domyślasz, oznacza, że w dalszym ciągu odmrażałbyś sobie tyłek w śniegu.
Zmarszczył brwi, wyraźnie analizując moje słowa, i kiedy już myślałam, że nawiąże do owego odmrażania tyłka, zapytał:
– Poszłyście po paliwo?
Skinęłam głową.
– Jakoś nie słyszę agregatu? – Ponownie wbił we mnie czujne spojrzenie. Pewnie myślał, że kłamałam.
– A jak ci się wydaje dlaczego? – sapnęłam zirytowana. – Zamiast przynieść baniak, musiałyśmy taszczyć ciebie do domu.
Skrzywił się na moment, ale nie dał zbić się z pantałyku. Powoli wstał i wyprostował się, górując nade mną, uświadamiając mi, że moje skromne sto sześćdziesiąt centymetrów to niewiele, kiedy samemu mierzysz dobre metr dziewięćdziesiąt.
– Przyniosę wam to paliwo – mruknął. – I tak nie mam chwilowo nic innego do roboty.
Cofnęłam się o krok. Nie spodziewałam się po nim pomocy, a już na pewno nie oczekiwałam, że zrobi to bez marudzenia. Dziwne.
– Nie musisz mi pomagać – stwierdziłam nieco przesadnie ostro. – Do tej pory jakoś sobie radziłam.
W odpowiedzi posłał mi kpiące spojrzenie, wyraźnie sugerujące, że jego zdaniem kobiety bez mężczyzn nie potrafiły wbić nawet gwoździa w ścianę. Otóż potrafiłam całkiem dobrze używać młotka, co więcej, jeśli szybko nie zmieni swego podejścia do mnie, zdzielę go nim.
– Zostawiłyśmy baniak za domem, trafisz po śladach.
Bez słowa ruszył do drzwi, machając nam na odchodne srebrnym ogonkiem.
– Gumowce znajdziesz przy drzwiach! – krzyknęłam za nim, gdyż uświadomiłam sobie, że był całkiem boso.
Szczęściem dla niego ocieplane kalosze mojego męża cały czas stały w sieni. Sama z nich nie korzystałam, ale moi bracia, owszem, kiedy wpadali, by pomóc mi na działce.
Zamruczał coś niezrozumiale i chwilę później usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Wymieniłyśmy się spojrzeniami z Dorotką i dwie sekundy później obie pognałyśmy do okna w kuchni, ciekawe, czy Łukasz faktycznie pójdzie po baniak, czy może ulotni się w siną dal. Maks i Elizka już siedzieli przyklejeni do szyby, z wypiekami na twarzach obserwując, jak krążył po działce.
Mój wilk nie poszedł po baniak, zamiast tego kucnął pod świerkiem, pod którym jakąś godzinę wcześniej spał, i z uwagą wpatrywał się w ślady. Zanurzył nawet dłoń w pokrwawionym śniegu i, unosząc go do nosa, dokładnie obwąchał. Widać nie spodobało mu się to, co poczuł, gdyż zerwał się na nogi i gwałtownie rozejrzał na boki. Jak na komendę odskoczyliśmy od okna, Dora uderzyła nawet o stojące krzesło. Obawiałam się jednak, że poruszająca się firanka i tak nas zdradziła.
Łukasz pokręcił zniesmaczony głową, po czym wrócił do wpatrywania się w ciemność. Stał tak dłuższą chwilę, wyraźnie starając się dostrzec coś w ciemności. Jego ogon poruszał się to w lewo, to w prawo, prawie dokładnie tak, jak u kotów, kiedy są zdenerwowane. Tak naprawdę, to nie miałam pojęcia, jakie sygnały wysyłają podenerwowane wilki.
Po pięciu minutach, upewniwszy się, że z ciemności nie wyłoni się nic groźnego, Łukasz ruszył na tyły domu. Nie zdążyłam policzyć do dziesięciu, jak wrócił z moim baniakiem. Niósł go z taką łatwością, jakby dźwigał siatkę z zakupami starszej pani, a nie dwudziestolitrowy kanister z benzyną. Przełknęłam ślinę, zdając sobie sprawę, jaki był silny. Jak gdyby nigdy nic zatrzymał się na wprost kuchennego oka i uśmiechnął się ironicznie. Wiedział, iż go podglądamy i sprawiało u to nie lada frajdę .
Mimowolnie zrobiło mi się gorąco, a na twarzy pojawiły się rumieńce, gdy zdałam sobie sprawę, jak musiało to wyglądać z jego strony. Zła na siebie, podeszłam do okna, odsunęłam firankę i ręką wskazałam na drzwi garażu. Posłał mi kolejny kpiący uśmiech, mówiący wyraźnie: „idiotka”, po czym chwycił baniak i podszedł do bramy garażowej. Usłyszałam zgrzyt oznajmiający, że drzwi podjechały do góry, i Łukasz zniknął w środku. Ponowne uruchomienie agregatu nie nastręczyło mu żadnego kłopotu i chwilę później usłyszałam miarowy warkot silnika.
Chwilę później mój wilczy gość wszedł z powrotem do domu. Otrzepał się w sieni z resztek śniegu, zdjął gumowce i na bosaka stanął w kuchni.
– Dobrze się bawiliście? – zapytał, krzyżując ramiona na piersi. Różowa bluza niebezpiecznie napięła się na jego torsie.
– Zależy, co masz na myśli – rzuciła szybko Dorka. Uśmiechała się przy tym nieco bezczelnie. – W tym różowym wdzianku ślicznie wyglądasz na śniegu.
Skrzywił się, ale nie dał się zbić z tropu.
– Nie musicie mnie śledzić, chwilowo jestem zależny od was. Nie ucieknę, chyba że wymyślicie coś jeszcze gorszego niż to gówniane ubranie.
– Niewdzięcznik – mruknęłam, pokazując mu język, a on nie pozostał mi dłużny.
– Podglądaczka.
Wzruszyłam ramionami.
– Każdemu się zdarza. Czego szukałeś na dworze?
– Czegoś, co mi skradziono – warknął, opuszczając ręce.
– Ubrania? – wtrącił się rozumnie Maks, zeskakując z krzesła.
Łukasz pokręcił głową.
– Komórki? – dodała rezolutnie Eliza.
Łukasz westchnął ciężko. Rozmowa z nami wyraźnie go męczyła, a jego mina świadczyła, że nie dorastaliśmy do jego poziomu inteligencji. Albo wprost przeciwnie, on do naszego.
– Czyżbyś zgubił futerko? – Wiem, że nie powinnam, ale nie mogłam się powstrzymać od małej uszczypliwości.
Spojrzenie Łukasza natychmiast stało się groźne.
– Wiedziałem, że to ty! – krzyknął. – Jak to zrobiłaś i gdzie je schowałaś!? – wrzasnął, idąc ku mnie.

Betowanie rozdziału - Nearyh
Rozdział 6
Głodny wilk, to zły wilk
– Suszy się przed kominkiem, nie zauważyłeś?! – rzuciłam kpiąco. Zaczynał mnie irytować, a to był zły znak.
Zatrzymał się wpół kroku. Po jego twarzy przemknął cień niedowierzania.
– W twoim salonie nie widziałem żadnego futra – sarknął.
Wzruszyłam ramionami.
– Boś głupi – nie bawiłam się w uprzejmości – jedyne wilcze futro, jakie znajdziesz w tym domu, to to, które masz przyczepione do tyłka. – Wyrzuciłam ramiona do góry. – Czyś ty kompletnie oszalał?! Futro? Twierdzisz, że ktoś ci je ukradł? Czyli co, oskalpował cię i podrzucił pod mój świerk?
Milczał, wyglądał nawet na nieco speszonego. Wyraźnie się zagalopował i teraz usiłował z tego jakoś wybrnąć.
– Przepraszam – mruknął – trochę przesadziłem. Nie byłabyś w stanie tego zrobić, prawda?
– Czego? – sapnęłam zniecierpliwiona.
– No wiesz – pokazał na siebie – że mogłabyś...?
– Rozebrać cię? – Zmarszczyłam brwi. Chyba jednak byłam głupia, bo nie nadążałam za jego myślami.
Sapnął ciężko, a potem rozejrzał się po małej kuchni. Kilkanaście grubych świec dawało sporo światła, czyniąc szafki i wszystko, co było na blatach, widocznym
– Czy mógłbym dostać coś do jedzenia? Kiedy jestem głodny, nie myślę zbyt jasno –brzmiał dziwnie, jakby szukał pretekstu do przerwania tej dziwnej rozmowy.
Pokiwałam głową.
Mnie również było to na rękę.
– Zadowolicie się kanapkami? – zapytałam, mijając go i podchodząc do szafek. – Nie mam nic ciepłego, co najwyżej mogę zagotować wodę i zrobić ci herbatę.
– Kanapki w zupełności wystarczą. – Odetchnął z wyraźną ulgą.
– A nam też zrobisz? – Maks wybrał dogodny moment, by się wtrącić.
Spojrzałam na niego i westchnęłam. Znałam możliwości mojego syna. Potrafił pochłaniać góry jedzenia, a Eliza wcale mu w tym nie ustępowała. Miałam tylko nadzieję, że wilk nie będzie tak żarłoczny. Jedno spojrzenie na towarzystwo, które zdążyło już się rozgościć za kuchennym stołem, i wiedziałam, że moje nadzieje były płonne. Tak wielki facet musi jeść dużo, inaczej jak ogrzałby górę mięśni, nie wspominając o utrzymaniu się przy życiu?
– Dorko, wyciągnij ser, dżem i szynkę z lodówki – rzuciłam do przyjaciółki.
Sama sięgnęłam do chlebaka, wyciągając bochenek. Rozkrojenie go na skibki i posmarowanie masłem zajęło mi chwilę. Dorota dzielenie pomagała, nakładając żółty ser i szynkę. Towarzystwo przy stole robiło się coraz bardziej niecierpliwe, pochrząkiwali i stukali palcami w rytm burczenia ich żołądków. Stawiając przed żarłoczną gromadką dwa pełne talerze kanapek, cudem zdołałam cofnąć się o krok, nim głodomory powyrywałyby mi palce w wyścigu po lepszy kąsek. Cofnęłam się poza zasięg ich rąk i, stając obok Doroty, która wciąż trzymała w ręce nóż ubrudzony dżemem, czekałam w postawie obronnej.
– Są prawie jak zombie – syknęła mi do ucha przyjaciółka, a ja musiałam przyznać jej rację.
Dzieciaki zawsze dużo jadły, ale nasz gość nie miał sobie równych w dyscyplinie pod tytułem posiłek. Przeszło mi przez myśl, że pewne zjadłby konia z kopytami, gdybym położyła go na stole.
– Myślisz, że jak skończą, rzucą się na nas? – zapytałam równie konspiracyjnym tonem.
Dorotka prychnęła.
– Kto ich tam wie, zazwyczaj miłość do matki hamuje żądzę krwi, ale dziś... – Wymownie spojrzała na Łukasza.
Tak, dzisiaj było inaczej, dziś małolaty znalazły sprzymierzeńca w osobie człowieko-wilka. Do nazwania go wilkołakiem jeszcze nie dojrzałam.
Kanapki znikały w zastraszającym tempie, a ja zaczynałam się obawiać, że jeszcze chwila i faktycznie zażądają więcej.
Łukasz pozwolił wziąć Elizie ostatnią skibkę, sam zaś wygodnie rozparł się na krześle i popatrzył na dzieci. Uśmiech zadowolenia błąkał się po jego wargach. Prawdę mówiąc, wyglądał jak najedzony wilk i tylko brakowało, aby zaczął drapać się po brzuszysku. Nie żeby miał jakieś brzuszysko – chociaż gdybym ja tyle jadła, nie zmieściłabym się w drzwi wejściowe.
– Smakowało? – zapytałam z lekką uszczypliwością.
– Może być – mruknął, przekrzywiając głowę, by się mi przyjrzeć.
Tańczące płonienie świec nie pozwalały mi wyraźnie dojrzeć jego oczu, a byłam pewna, że sobie ze mnie drwił.
– Dobrze, skoro już się najadłeś, może odpowiesz na kilka kłopotliwych pytań? – Nie zamierzałam mu odpuszczać. Albo powie, kim jest, i nie będą to żadne bajeczki, albo wykopię go na dwór.
Westchnął ciężko, nawet usiłował wyglądać na udręczonego, ale nie dałam się zwieść. Nie ze mną te numery. Miałam w domu dziewięcioletniego syna, który był mistrzem manipulacji moimi uczuciami matczynymi. Łukasz nie dorastał mu do pięt.
– Nie odpuścisz, prawda? – jęknął.
– Nie. – Byłam stanowcza. – Albo powiesz wszystko, albo znikasz z mojego domu.
Uniosłam rękę, by uciszyć ewentualne protesty dzieciaków, które już zdążyły się zaprzyjaźnić z Łukaszem, ale o dziwo nie zgłaszały zastrzeżeń. Widać same chciały wiedzieć, kim był ich nowy znajomy.
– Pytaj – mruknął zniechęcony Łukasz.
Przez dłuższą chwilę starałam się wykombinować, jakie sensowne pytanie zadać, by nie wyjść na idiotkę, ale nim zdołałam otworzyć usta, wyprzedziła mnie przyjaciółka:
– Potrafisz zmienić się w prawdziwego wilka? Takiego chodzącego na czterech łapach, pokrytego sierścią? Z ostrymi kłami i pazurami? – wyrzuciła z siebie bez zastanowienia.
I to by było tyle, jeśli idzie o dyplomację.
Łukasz zmarszczył brwi, spojrzał na Dorotę, potem na mnie, w końcu na dzieci. Krzywiąc się nieznacznie, powiedział:
– Ta wiedza nie jest dla was, i tak nie zrozumiecie, o czym mówię – usiłował kluczyć.
– Potrafisz czy nie? – nacisnęłam mocniej. W końcu jeśli pytanie już padło, to niech mówi.
– Tak – stwierdził po prostu, choć widziałam, że nie miał ochoty tego przyznawać.
– W jaki sposób? – zapytałam.
– A w jaki sposób ty oddychasz? – odszczeknął się gładko.
Zmarszczyłam brwi.
– To odruch bezwarunkowy, nie muszę go kontrolować.
– Wyobraź sobie, że ja mam tak samo – zadrwił. – Urodziłem się z tą zdolnością.
Przypomniałam sobie wilki, które dostrzegłyśmy z Dorotą na dworze, tuż za moim ogrodem, i dreszcz spłynął mi po plecach. Już nie byłam pewna, czyje ślepia widziałam pośród choinek.
– Istnieją podobni do ciebie?
Skinięcie głową.
– Rozumiem jednak, że oni nie chodzą z ogonem na wierzchu? – dorzuciłam złośliwie.
Skrzywił się, ale nie odpowiedział.
– Jesteś wilkołakiem? – Maks przysunął się bliżej Łukasza. – Jakbyś mnie ugryzł, też byłbym taki jak ty? – Euforia wyraźnie wybrzmiewała w każdym słowie małego spryciarza.
– Maks! – krzyknęłam oburzona. – Nie będzie żadnego gryzienia i nie zgadzam się, byś biegał na czterech łapach po domu. Wystarczy mi, że muszę sprzątać kuwetę kota i klatkę królika. Nie ma mowy, byś gonił za ogonem, a ja wycierała ci łapy po figlach na dworze. I z pewnością nie będziesz obgryzał kości na ganku.
Obaj mężczyźni, zarówno ten mały, jak i duży, spojrzeli na mnie z wyrzutem.
– Po pierwsze: nie ganiam za ogonem! – warknął przez zęby Łukasz. Jego twarz pokryła się ciemnym rumieńcem, co nie uszło mojej uwadze. – Po drugie: nie żuję kości i nie ganiam dla zabawy po polach. – Był wyraźnie zirytowany i dał temu wyraz, starając się storpedować mnie spojrzeniem.
– Nie zrobisz mnie wilkołakiem? – Rozczarowanie zakradło się do głosu mojego syna.
Łukasz spojrzał na Maksa i widać zrozumiał, jak wielki mu sprawił zawód, gdyż rzucił:
– Chciałbym, ale to niemożliwe. Kimś takim jak ja trzeba się urodzić. Żadne czary-mary tutaj nie pomogą.

Betowanie rozdziału - Nearyh
Rozdział 7
Wilki na motorach
Nie bardzo przekonały mnie wyjaśnienia Łukasza. W ogóle cała ta historia z wilkami i zamianą skóry na futro wydawała mi się mocno naciągana. Chwilowo jednak nie miałam żadnej możliwości zweryfikowana jego słów, zwłaszcza że maluchy wpatrywały się w niego jak w bóstwo. Zresztą nie tylko one, Dorotka najchętniej wpakowałaby się mu na kolana i lizała płatki kształtnych uszu i bodaj by na tym poprzestała.
Zamierzałam rozmówić się z nią później. W całej tej sytuacji miałam wrażenie, że byłam jedną osobą, która myślała logicznie i nie poddawała się paranoi pod tytułem wilk.
– Łukasz, lubisz komiksy? – zapytał ni z tego ni z owego mój syn. Patrzył na obcego z tak wyczekująca miną, że prawie słyszałam jak w myślach błaga, by tamten odrzekł: tak.
Szczęściem wilk miał w sobie dość rozumu, by nie zrobić dzieciakowi przykrości.
– A kto ich nie lubi – stwierdził lekko. – Najlepsze są Marvella.
Oczy Maksa błysnęły w ciemności, a twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech.
– Mam ich kilkadziesiąt – wyszeptał nabożnie – chcesz obejrzeć? – Ponownie nadzieja zabrzmiała w jego głosie.
– Pewnie – Łukasz skinął głową. Dzieciaki nie czekały na więcej, zeskoczyły z krzesełek i pobiegły na górę. Mój gość zaś wesoło pogwizdując, ruszył za nimi. Mijając mnie rzucił mi zdawkowy uśmiech. Jeśli myślał, że zdobędzie mnie takimi bzdetami, był w błędzie. Póki co miałam głowę na karku i mózg w czaszce, a nie sznurek przytrzymujący uszy.
Niestety, nie mogłam tego samego powiedzieć o Dorce. Dziewczyna stała kompletnie osłupiała.
– Jest boski, musisz to przyznać – szepnęła jak tylko zostałyśmy same.
– Nie – zaprzeczyłam. – To normalny facet z wielkim futrzanym problemem – ciągnęłam z uporem.
–Wielkim jest tu słowem klucz – prychnęła moja przyjaciółka, szturchając mnie w bok. – No sama przyznaj, czyż on nie ma wszystkiego na swoim miejscu?
– Mój syn też ma i jakoś nie ślinisz się na jego widok – ucięłam zgryźliwie.
Skrzywiła się z niesmakiem.
– No wiesz?! Łukasz to mężczyzna jak się patrzy, a Maks jest jeszcze dzieckiem.
– Rozumując w ten sposób powinnaś wodzić wzrokiem za listonoszem – odcięłam się złośliwie.
Pan Tomasz, nasz listonosz, miał prawie dziewięćdziesiąt lat i ledwie trzymał się na nogach. Roznosił pocztę odkąd skończył piętnaście lat i tylko to trzymało go przy życiu. A że firma nie miała sumienia wyrzucić go na bruk, pozwolili mu dostarczać listy w mojej zapadłej dziurze, gdzie do obsłużenia miał raptem dziesięć domów na krzyż, wliczając w to własne podwórko.
– Aż tak zdesperowana nie jestem, by wdzięczyć się pierwszego faceta, który puka do mych drzwi, zwłaszcza że przynosi mi tylko same rachunki do płacenia.
Spojrzałam na nią uważnie.
– Zatem, gdyby do twoich drzwi zapukał facet w kwiecie wieku i nie był listonoszem, poszłabyś z nim w tango?
Popukała się palcem w czoło.
– Taa, pewnie, bo wolni faceci włóczą się po okolicy i tylko wypatrują okazji, by do mnie podejść. Wybacz Marysiu, ale w to nie wierzę. Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie, niż w tej wsi pojawi się rycerz na srebrnym rumaku i zapuka do moich drzwi.
W pewnym sensie miała rację, obie cierpiałyśmy na deficyt inteligentnych mężczyzn. Takich, co kochają do śmierci, wiedzą, że wierność ślubuje się kobiecie, a nie pilotowi od telewizora, a rozmowa z nimi nie jest drogą przez mękę tylko przyjemnością. Zatem Dorotka miała rację, porządni faceci nie zapuszczają się w te strony, zwłaszcza przy takiej pogodzie.
– Życie jest do bani – westchnęłam. – Ale przynajmniej mamy... – nie dokończyłam zdania, bo błyski świateł na dworze spowodowały, że zamilkłam w połowie. Spojrzałyśmy po sobie i obie rzuciłyśmy się do okna. Chociaż na dworze było ciemno, jak dupsku u murzyna, wyraźnie widziałam światła pojazdu jadącego drogą przez osiedle.
– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć – Dorota głośno liczyła reflektory. – Co do cholery za pojazd? Pług śnieżny? Traktor?
Pokręciłam głową. Wyglądało to na samochód, ale światła były ustawione w dziwnej odległości, no i ten warkot za głośny jak na pług. Nagle mnie olśniło.
– Okej, mam złe przeczucia – stwierdziła Dorota. – To ani samochód, ani pług, tylko...
– Motory – dokończyłam za nią. – Masz rację, będą kłopoty.
Pojazdy przybliżały się dość szybko, zupełnie jakby zasypana droga nie stanowiła dla nich żadnego problemu. Warkot silników był już intensywny, a sylwetki osobników na siodełkach bardzo wyraźne. I nagle zapadła cisza. Mężczyźni, kimkolwiek byli zgasili swoje warczące maszyny, pozwalając pojazdom sunąc przed siebie na wolnym biegu.
– Dlaczego mam wrażenie, że zatrzymają się przy nas? – jęknęła Dorotka, łapiąc mnie kurczowo za rękaw. – Kurwa! – dorzuciła.
– Bo masz – potrząsnęłam głową. Ta noc była istnym koszmarem. Najpierw śnieżyca, potem brak prądu i benzyny, w końcu facet z futrem wystającym z tyłka, a teraz to: sześciu facetów na ciężkich maszynach. Jeśli będę miała szczęście będą wyglądać, jak opryszki z historyjek Jakuba Ćwieka.
Maszyny wolno sunęły gnane jeszcze siłą rozpędu, coraz wolniej mijając domy, by w końcu zatrzymać się przed moją furtką. Stałyśmy jak skamieniałe w oknie, boleśnie świadome tego, że mimo ciemności, światło świec sączące się z domu pozwoli mężczyznom na motorach dostrzec nas bez trudu. Obcy nie zsiedli z maszyn za to, rozmawiali szeptem, raz po raz zerkając ku domowi.
– Cholera – przeklęłam. – Wiedziałam, że tak będzie. Przyjechali po niego – rzuciłam, odsuwając się od okna. – Łukasz! – krzyknęłam podchodząc do schodów. – Twoi kumple przyjechali.
Odpowiedziała mi cisza. Zerknęłam na Dorotkę, która podobnie jak ja wyszła z kuchni.
– Co jest? Dzieciaki mają słuch absolutny. Niemożliwe, żeby nie słyszały ryku motorów?
– Może pochłonęła ich zabawa? – wtrąciła nieśmiało Dorotka.
– Albo ten gnojek je zabił i teraz próbuje pozbyć się ciał – warknęłam. Chciałam pobiec na górę, ale Dorka złapała mnie za rękę.
– Daj spokój, sama w to nie wierzysz – stwierdziła sarkastycznie. – Mamy poważniejszy kłopot. – Wskazała głową w kierunku drzwi.
Taa, sześciu samców, odmrażających sobie tyłki na ciężkich motorach, czekających nie wiadomo na co?
– Nie masz wrażenia, że nasze życie było ubogie w testosteron, a teraz wlewa się on drzwiami i oknami? – rzuciłam i nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, poszłam do sieni.
– Co ty chcesz zrobić? – syknęła, widząc, że zakładam kurtkę i buty. – Chyba nie wyjdziesz na dwór? Wiesz, co ci mogą zrobić? – Miała naprawdę przerażoną minę.
– Kochanie, jestem w takim nastroju, że lepiej niech oni się martwią, co ja im mogę zrobić! – warknęłam. Otworzyłam drzwi z dzikim impetem, nabuzowana gniewem stanęłam na ganku.
Na mój widok faceci zamarli, dosłownie. W świetle księżyca widziałam tylko ich potężne sylwetki. Patrzyli na mnie, ale poza tym nie wykonali żadnego gestu.
– Nie wiem, czego tu szukacie, ale to nie jest ani dobry moment, ani odpowiednia pora roku na składanie niezapowiedzianych wizyt! – krzyknęłam na tyle wyraźnie by mnie usłyszeli. Nadal stałam na ganku, za plecami miałam uchylone drzwi, za które w każdej chwili mogłam się schować. Marna pociecha, biorąc pod uwagę gabaryty moich nowych gości. Każdy z nich z łatwością wyłamałby drzwi z ościeżnicą i pewnie nawet by się przy tym nie spocił.
Moje słowa podziałały na nich orzeźwiająco. Szepcząc, wymieniali się uwagami, na mój temat.
– Słuchajcie, to jest naprawdę irytujące, kiedy tak szepczecie między sobą – rzuciłam z irytacją. Jeśli oczekiwałam reakcji, to się jej doczekałam. Przybysze jak na komendę zsiedli ze swych maszyn i ruszyli do uliczki, a we mnie zagotowało się z wściekłości. Ja naprawdę lubię mężczyzn, ale dziś wyjątkowo miałam ich dosyć.
– A wy dokąd! – wrzasnęłam nim zdołałam zapanować nad językiem. Niewiele się zastawiając, zbiegłam z ganku. Stanęliśmy po dwóch stronach uliczki, oni po jednej, ja po drugiej. I możecie mi wierzyć, bardzo komicznie to wyglądało. Faceci przyglądali się mi uważnie. Wszyscy bez wyjątku byli cholernie wysocy, mieli długie czarne brody, a ich skórzane kurtki podszyte futrem dodawały im szerokości w ramionach, nie żeby im coś brakowało. Prezentowali się raczej jak grupa drwaloseksualnych modeli niż banda zakapiorów. Ten, który stał najbliżej furtki zdjął ciemne okulary, przyglądając się mi niebieskimi oczyma. Miał włosy krótko przycięte przy skórze.
– Nie chcieliśmy cię przestraszyć – przemówił niewiarygodnie niskim i zmysłowym głos, który spłynął po moim ciele, przyprawiając mnie o dreszcze i to bynajmniej nie z zimna. Przełknęłam ślinę.
– To był naprawdę ciężki dzień, a noc zapowiada się jeszcze koszmarniej. – Starałam się zignorować faceta stojącego przede mną, ale to nie było takie proste, zwłaszcza że pożerał mnie wzrokiem. Od dawna nikt tak na mnie nie patrzył. – Powiedzcie, co wam leży na wątrobie i zabierajcie się stąd. Z góry uprzedzam, że nie mam wolnych pokoi, więc o noclegu nie macie co marzyć. – Jestem rozsądną kobietą i z pewnością nie dam się porwać fantazjom o seksie z nieznajomym, zwłaszcza że jednego już miałam pod swoim dachem.
Błękitnooki uśmiechnął się szeroko, ukazując idealne białe zęby.
– To naprawdę jesteś ty – powiedział swym niskim głosem, wprawiając mnie w osłupienie. Mężczyźni stojący obok niego zgodnie pokiwali głowami. Zamrugałam zaskoczona.
– Nie bardzo wiem, o co wam chodzi? – Pokręciłam głową.
– Szukamy cię od bardzo dawna. Bez ciebie jesteśmy niekompletni, nie możemy istnieć jako stado.
Okej, to było dziwne. Cholernie dziwne.
– Nie wiem, co dzisiaj wąchaliście, ale musiało to być cholernie mocne – stwierdziłam zdecydowanie. – Nie znam was, nic mnie z wami nie łączy i tak niech pozostanie.
– Dlaczego? – zapytał. Podszedł jeszcze bliżej furtki, kładąc potężne dłonie na metalowej ramie. – Skąd możesz wiedzieć, czy z nami nie będzie ci lepiej, jeśli nie spróbujesz?
– Z wami? – jęknęłam. Nie przeczę, że przez głowę przeleciały mi różne obrazy, począwszy od makabrycznych po całkiem przyjemne, erotyczne. Odruchowo cofnęłam się o krok. W tej chwili żałowałam, że nie miałam wiatrówki. Pragnienie, by wbić tym facetom trochę rozumu do głowy, było bardzo duże.
– Jesteś przywódczynią, nie mów, że nie czujesz mocy, jaką masz nad nami? – ciągnął niezrażony moją miną.
Potrząsnęłam głową, usiłując otrzeźwić umysł i wtedy mnie olśniło. A jeśli to oni poharatali Łukasza i teraz wrócili, by dokończyć swoje dzieło, zaś głupimi tekstami mydlili mi oczy? Było ich sześciu i zdecydowanie nie należeli do słabeuszy, z łatwością poradziliby sobie z jednym umięśnionym wilkiem.
– Nie czuję żadnej mocy, tylko gniew – powiedziałam ostro, cofając się o kolejny krok.
– Dlaczego? – zapytał. – Zrobiliśmy coś, co cię zirytowało? Za późno przyjechaliśmy, a może gniewasz się, bo zostałaś sama w tę paskudą noc? – zmarszczył brwi. – Jest nam przykro, ale do wczoraj nie wiedzieliśmy gdzie cię szukać, gdybyśmy wiedzieli... – potrząsnął głową. – Nieważne, już jesteśmy i możesz na nas liczyć. Już nigdy nie będziesz sama.
– Ale ja nie jestem sama! – wrzasnęłam rozzłoszczona. – Mam syna, przyjaciółkę i ... – w ostatniej chwili ugryzłam się w język, by nie powiedzieć wilka. Jak to się stało, że ten diabeł tak bardzo rozpanoszył się w moich myślach? Jak tak dalej pójdzie, to jutro będę twierdzić, że mam syna, Dorotkę, wilka i sześciu kochanków.
Błękitnooki przekrzywił głowę, przyglądając mi się uważnie. Jego nozdrza poruszyły się gwałtownie, jakby wciągał zapach. Nie miałam pojęcia czy wącha mnie, czy szuka jakiejś innej woni, miałam jednak przeczucie, że zaraz wydarzy się coś złego.
I faktycznie, chwilę później groźnie brzmiący warkot wydobył się z jego ust.
– Wilk! – Niebieskie tęczówki obcego ściemniały w jednej chwili. – Zabić sukinsyna! – wrzasnął, obracając się do swoich kamratów. – Ośmielił się do niej zbliżyć.
Rozdział 8
Kłamstwo na wilczych nóżkach
– Ani kroku dalej! – krzyknęłam. Rozłożyłam szeroko ramiona, usiłując zagrodzić drogę popędliwym samcom. – Chyba się trochę zapomnieliście.
Wyraźnie się zawahali. Dwóch cofnęło się nawet o krok, trzeci spuścił zawstydzony głowę. Pozostali, z zaciśniętymi pięściami napierali na uliczkę. Stojący przede mną przystojniak nawet nie usiłował kryć wściekłości.
– Nie miał prawa się do ciebie zbliżyć, jest tu bezprawnie i musi zostać za to ukarany.
Zacmokałam zszokowana. Mężczyźni i ich dominacja.
– Nie będziecie nikogo karać, a już na pewno nie na moim terenie – odcięłam się ostro.
Zamarli jak na komendę.
– A więc przyznajesz, że to twój teren? – Niebieskooki zamachał rękoma. – Że władasz tą ziemią.
Westchnęłam ciężko. Dlaczego miałam wrażenie, że mówimy o dwóch różnych sprawach?
– Ty stoisz na mojej ziemi, oni nie. – Wskazałam na cudaków w skórach, kręcących się zza płotem. Moja ziemia to moja działka i na tym koniec. Nie wiem, o jakim terytorium mówicie, ale ja władam – ugięłam paluszki naśladując znak cudzysłów w powietrzu – zaledwie tysiącem metrów kwadratowych.
Chyba nie takiej informacji się spodziewali, bo miny im zrzedły.
– Nie wiesz, kim jesteś – szepnął.
– Chciałbyś – przewróciłam oczyma. – Może się zdziwisz, ale numer w stylu, co ja tu robię, już dziś przerabiałam i nie mam ochoty na powtórkę. To mój dom, a ludzie, którzy w nim przebywają, są w nim za moim pozwoleniem, nawet ten pożal się boga wilk. Koniec kropka. Wam nic do tego. Jeśli zdecyduję się go wykopać, to również będzie moja decyzja.
– Dlaczego go wpuściłaś? – zapytał, wyraźnie nie rozumiejąc mojego podejścia. – Coś ci obiecał?
Pokręciłam głową. W ten sposób do niczego nie dojdziemy.
– Niczego mi nie obiecał, a przygarnęłam go z litości.
Mój komentarzy wywołał w nich niespodziewaną falę radości. Śmiali się tak głośno, że pewnie większość mieszkańców osiedla ich usłyszała. Niebieskooki jako pierwszy opanował wesołość.
– Jeśli zrobiłaś to z litości, to faktycznie on nic dla ciebie nie znaczy, a nam nie zagraża.
Nie podzielałam ich wesołości, szczególnie że nie zareagowali na słowo wilk. Możliwe, że wyolbrzymiałam całe zdarzenia, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że tylko ja nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje?
– Znacie Łukasza? – zapytałam.
Mój rozmówca przekrzywił lekko głowę, podczas gdy jego kompani chodzili wzdłuż płotu, zerkając podejrzliwie ku choinkom. Nie uszło to mojej uwadze.
– Nie – odparł powoli. – To bez znaczenia, w tej okolicy jest wielu podobnych do niego.
– Masz na myśli siebie? – zagrałam w otwarte karty. Co mi tam. Skoro nie padłam trupem na widok ogona wystającego z tyłka, to i informację o sześciu kolejnych wilkach jakoś przetrawię.
Uśmiechnął się szeroko, a ja po raz pierwszy spostrzegłam, że jego zęby są nieco dłuższe niż u ludzi, szczególnie trójki wyglądały drapieżnie.
– Zapewniam cię, że nie jestem byle kundlem, a w moich żyłach płynie krew starych rodów.
– Aha – Brwi podjechały mi do góry, a w głowie zabrzęczał alarmowy dzwonek. – Zatem jesteś wilkiem. – Machnęłam ręką w kierunku jego kumpli. – Zakładam, że oni również nimi są?
Ledwie dostrzegalnie skinął głową.
– Przepraszam, powinienem się przedstawić. – Wyciągnął ku mnie rękę, a ja odruchowo cofnęłam się o krok. – Jestem...
– Wystarczy – przerwałam mu. Weszłam na ganek i nie zwracając uwagi na jego zaskoczoną minę, zawołałam głośno: – Nie chcę znać waszych imion, tak samo, jak nie chcę was w moim domu i ogródku.
– Wyrzucasz nas? – Niebieskooki chciał do mnie podejść, ale moja gniewna mina skutecznie zatrzymała go w miejscu. – Nie możesz tego zrobić. Jesteś dla nas wszystkim. Wiesz jak długo na ciebie czekaliśmy?
– Nie i nie chcę wiedzieć – burknęłam. – Aktualnie jedyną osobą, która może powiedzieć, że jestem dla niego wszystkim to mój syn i szczerze mówiąc, ten układ mi odpowiada.
– Nie musisz być sama – wszedł mi w słowo.
Skrzywiłam się.
– Dzięki, ale nie jestem aż tak zdesperowana ani głupia, by wpuszczać pod swój dach sześciu obcych facetów.
– Tamtego wpuściłaś! – zarzucił mi, a na jego twarzy ponownie odmalował się gniew.
– Był ranny. – Nie zamierzałam się przed nimi tłumaczyć. Śnieg zasypał co prawda już większość krwawych śladów, ale uważnemu obserwatorowi ten szczegół z pewnością nie umknął.
– Zatem, gdybyśmy wymagali pomocy, nie odrzuciłabyś nas? – zapytał z nadzieją.
Prychnęłam. Drugi raz nie dam się na to nabrać. Prędzej zaopatrzę się w wiatrówkę i bez niej nie wyjdę na dwór.
– Czy wyglądam na idiotkę? Nie będę niańczyć watahy pobudzonych samców. – Przez myśl przeszło mi, że Dorotka padły zemdlona na ich widok, ale dla mnie nie była to normalna sytuacja.
– Jesteśmy samo wystarczali, nie musisz się nami zajmować – zauważył nieco urażony.
– Bardzo mnie to cieszy, róbcie zatem na co macie ochotę, tylko z dala ode mnie. – Złapałam za klamkę i weszłam do domu. Zamykając drzwi zauważyłam jeszcze karcące spojrzenie nieznajomego. Był wkurzony i nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Zapewne nie oczekiwał, że mu odmówię, co mnie jeszcze mocniej utwierdziło w słuszności swojej decyzji.
Dorotka stała w sieni, czyli dokładnie tam, gdzie ją zostawiłam. Policzki miała zarumienione, oddech przyśpieszony. Wielki znak zapytania, jeśli w ogóle coś takiego jest możliwe, malował się na jej twarzy. Dreptała ze zniecierpliwienia w miejscu, raz po raz wskazując na drzwi.
– Naprawdę ich nie wpuścisz? – wysapała w końcu.
Zdjęłam buty i kurtkę. Ociągając się z odpowiedzią, wsunęłam stopy w kapcie.
– Sześciu obcych facetów, ubranych w motocyklowe kurtki? – zapytałam ironicznie.
Skinęła entuzjastycznie głową.
– Właśnie ich.
– A widziałaś ich twarze? Brody, fryzury, tatuaże na dłoniach? – prychnęłam. – Nie spieszy mi się na spotkanie ze śmiercią.
Przewróciła oczyma, co tylko dało mi podgląd, że doskonale ich sobie obejrzała. Ciekawe tylko którędy ta cholera to zrobiła? W drzwiach nie było szyby ani wizjera. Musiała zatem zerkać przez dziurkę od klucza. Zaraza jedna.
– Przesadzasz – machnęła ręką. – Sypie śnieg, bądź dobrą samarytanką.
– Oczywiście, a oni nas wykorzystają i zabiją, na koniec zeżrą wszystko, co zostało w mojej lodówce, ukradną resztę benzyny i znikną o poranku. Już pędzę! – warknęłam wypowiadając ostatnie zdanie.
– Histeria na nic się zda – zgasiła mnie skutecznie.
– Dorotko, widziałaś ich. Czy twoim zdaniem wyglądali na kogoś, kto potrzebuje pomocy?
Pokręciła głową. Obie wiedziałyśmy, że miałam rację. Nie byli wymoczkami, korporacyjnymi szczurami, którzy odwiedzając babcię na wsi, muszą włączyć nawigację, bo inaczej zabłądzą. Nie, ci mężczyźni przeżyliby w każdych warunkach. Czego zatem chcieli ode mnie?
– Powiedział, że jesteś wyjątkowa, że przyjechali tu dla ciebie – Dorota nie zamierzała tak łatwo odpuścić.
– Bo jestem – syknęłam. – Faceci pchają się do mnie drzwiami i oknami, błagając o ratunek i chwilę odpoczynku. Namacalny przykład siedzi na piętrze. Gdybyś nie zauważyła, nie zdążyłam się jeszcze pozbyć jednego ocalonego, nie przyjmę zatem kolejnych.
Podrapała się po brodzie, analizując moje słowa.
– Kłamali mówiąc to wszystko?
– Nie umiem powiedzieć. – Błękitnooki za bardzo przytłaczał mnie swoją osobą, bym mogła skupić się na jego słowach.
– Aleja wiem jak to ustalić – szepnęła, klaszcząc w dłonie. – Zapytamy Łukasza.
Teraz to ja sapnęłam.
– Myślałam o tym, ale powiedz, czy można dać wiarę jego słowom? On ma ogon?!
– Twoi nowi znajomi nie są zachwyceni, że on tu jest. To musi coś znaczyć. – Nie mówiąc nic więcej, obróciła się na pięcie i pomaszerowała na górę.
– Nic dobrego z tego nie wyniknie – szepnęłam sama do siebie. Dla bezpieczeństwa zakluczyłam drzwi, a potem poczłapałam się za przyjaciółką. Świece palące się na schodach powoli dokonywały swojego żywota, co tylko uzmysłowiło mi, w jak nieciekawej sytuacji się znalazłyśmy.
Z pokoju Maska nie dobiegały dzikie okrzyki, co biorąc pod uwagę temperament dzieci, było prawdziwą niespodzianką. Zerknęłam do środka i stanęłam jak wryta. Dzieciaki siedziały razem z Łukaszem na podłodze, który przyciszonym głosem coś im opowiadał. Co kilka chwil któreś ze szkrabów wybuchało śmiechem. Pomiędzy nimi walały się zabawki i książki. Najdziwniejsze było jednak to, że na kolanach wilka siedział Filip, królik miniaturka należący do mojego syna. Chyba właśnie to zdziwiło mnie najbardziej. Nawet Dorka, która wślizgnęła się przede mną do pokoju i cupnęła na łóżku, wskazywała głową na uszaka. Filip był pięknym grafitowym mini Rexem i chociaż zwierzątko wyglądało na milusińską zabawkę, miało charakter diabła tasmańskiego. Ostre zębiska ukryte w drobnym pyszczku naznaczyły już niejedną nogę. O pazurach wolałam nie myśleć. Teraz zaś pan królik leżał rozwalony na różowych portkach Łukasza, łepek oparł na łapce, a uszami leniwie łapał dźwięki. Nie miałam pojęcia, czy to głos mojego gościa tak podziałał na domowego potwora, czy też wyczuwał on wilka i ze strachu wolał się nie wychylać. Osobiście wątpiłam, czy cokolwiek mogło zastraszyć diabła, a z pewnością nie koleś ubrany w różowy dresik.
– Co jest, mamuś? – zapytał Maks, dostrzegając mnie w drzwiach.
– Nic kochanie, chciałam tylko zamienić dwa słowa z Łukaszem.
– Naprawdę musisz? Opowiada nam historię o duchach.
– Bez obaw, to zajmie tylko chwilę. – Skinęłam głową na mężczyznę, a ten skrzywił się, jakbym kazała mu co najmniej wydepilować nogi. Filip skorzystał z okazji by czmychnąć na łóżko, skąd w następnej chwili wygonił Dorkę.
– Nie wiem, jak możesz trzymać to coś w domu? – burknęła urażona, wychodząc na korytarz, stając obok Łukasza. W świetle świec twarz mojego gościa była nieodgadniona, co dało mi jeszcze więcej powodów do podejrzeń.
– Powiem wprost i lepiej by nie przyszło ci do głowy mówić, że nic nie słyszałeś – wypaliłam z grubej rury.
Drgnął zaskoczony, nic jednak nie powiedział, a ja ciągnęłam dalej. – Na dworze czeka sześciu facetów. Przyjechali tu na ciężkich maszynach, a wyglądają jakby urwali się z reklamy firmy Stihl. Wszyscy zgodnie twierdzą, że coś ich ze mną łączy. Twierdzą również, że jestem ich przywódcą, czy kimś w tym stylu? O tobie również wiedzą i nie podoba im się, że tu jesteś. Odniosłam wrażenie, że cię nie lubią, czemu?
Mięśnie na twarzy Łukasza zadrgały nerwowo.
– Kłamią – powiedział gniewnie. – Wszystko, co ci powiedzieli, zwłaszcza na mój temat, jest kłamstwem.
Rozdział 9
Kobiety też gryzą
Słowa Łukasza podziałały na mnie jak płachta na byka. Korciło mnie, żeby trzepnąć faceta w ucho, biorąc jednak pod uwagę, że obok były dzieci, powstrzymałam się.
– Gadaj natychmiast, co wiesz! – pogroziłam mu palcem. – Albo wyrzucę cię na dwór, do twoich koleżków. – Nie dodałam, że byłam ciekawa ich miny na widok różowego dresu mojego wilka.
Skrzywił się i podrapał po zaroście.
– To nie jest takie proste.
– To mnie oświeć? – naciskałam.
– Znasz ich? – Dorka zdecydowała się włączyć do dyskusji, choć do tej pory bardziej interesował ją ogonek wilka i fakt, że niepilnowana przez nikogo, mogła go dotykać.
– Nie bardziej niż oni mnie – odpowiedział, uśmiechając się do niej promiennie. – A tak w ogóle to nie wiem, czy wiesz, że wilki mają strefy erogenne w ogonach.
Dorotka opuściła rękę. Jej policzki porył ciemny rumieniec. Nie cofnęła się jednak, tylko przylgnęła całą sobą do mężczyzny. On zareagował na jej zachowanie odpowiednio, czyli objął ją ramieniem.
– Zmieniasz temat, co znaczy nie bardziej niż on mnie? – Usiłowałam nakierować wilka i przyjaciółkę na właściwe tory, ale oboje byli tak pochłonięci sobą, iż dotarło do mnie, że tutaj nie pasuję. – Jesteście beznadziejni – szepnęłam, odwracając się do nich plecami.
– Cała wataha jest z Poznania, tylko Conor przyjechał z daleka. – Usłyszałam będąc już na schodach. Zatrzymałam się jak wryta. Obróciłam się i spojrzałam na Łukasza, który zerkał na mnie z dziwnym błyskiem w oku. Dorota nie przestawała głaskać jego torsu poprzez materiał różowej bluzy.
– Co to ma do cholery znaczyć? Wataha? Tworzą jakiś gang, czy co?
– Przeciwnie. Conor był komandosem, co do reszty, nie mam pojęcia.
Milczałam chwilę, analizując jego słowa. Zakładałam, że niebieskooki miał właśnie na imię Conor. Inna sprawa, że imię nie było polskie, a gnojek doskonale mówił po polsku. Kim więc był?
– Czego mogą ode mnie chcieć? – zapytałam.
– Nie mam pojęcia, ale na twoim miejscu nie godziłbym się na nic pochopnie – powiedział, siląc się na lekki ton. Kłamał i w dodatku robił to równie nieudolnie, jak mój syn. Zirytowało mnie to jeszcze bardziej niż najazd harleyowców.
– Tak po prawdzie, to czego ty ode mnie chcesz i czemu się u mnie znalazłeś, też nie wiem? – zauważyłam złośliwie. Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby, ale w jego spojrzeniu błysnęło coś niepokojącego. Pewnie ciągnęłabym temat, gdyby nie to, że nagle wpadłam na genialny pomysł. Uśmiechając się pod nosem, zeszłam na parter. Nie musiałam zerkać przez okno, by wiedzieć, że mężczyźni gdzieś tam są. Słyszałam ich przyciszone głosy. Przekręciłam klucz w zamku i wyszłam na ganek. Stali przy motorach, rozmawiając. Nawet nie słysząc słów, wiedziałam, że mówią o mnie, gdyż co jakiś czas któryś z nich wskazywał ręką na dom. Jak tylko mnie dostrzegli, rozmowa ucichła. Sześć par oczu spoczęło na mnie, sprawiając, że straciłam całą pewność siebie. To, co jeszcze kilka chwil temu zdawało mi się fajnym pomysłem, teraz jawiło się jako głupota. Przełknęłam ślinę.
– Mam kilka pytań – zawołałam, a oni jak na komendę odsunęli się od swoich maszyn i przybiegli do mnie. W ich twarzach malowało się takie wyczekiwanie, że prawie się rozśmiałam. Wyglądali jak drużyna chippendalesów na prywatnej sesji i tylko patrzeć jak zaczną zrzucać z siebie ciuszki, a wszystko wśród sypiącego się na nich śniegu. Conor, jeśli faktycznie błękitnooki tak miał na imię, stanął najbliżej mnie, co wyraźnie zaczynało mu wchodzić w nawyk. Z bliska jego oczy zdawały się być jeszcze bardziej błękitne. Krótko ścięte włosy idealnie pasowały do jego twarzy. Teraz kiedy już wiedziałam, czym kiedyś się zajmował, doszłam do wniosku, że jego wygląd mnie nie dziwi.
Reszta watahy różniła się pomiędzy sobą kolorem włosów, oczu, rysów twarzy. Ubiór i fryzury wszyscy mieli identyczne, podobnie zarosty. Zastanowiło mnie, czy ktoś narzucił im ten styl, a może takie trendy obowiązywały wśród wilków? Łukasz również nosił brodę, chociaż nie był tak umięśniony, jak faceci stojący przede mną.
– Co chcesz wiedzieć? – zapytał niebieskooki.
– Nie tak prędko – pogroziłam mu palcem i pamiętając, co powiedział wcześniej, dodałam: – Jesteście na moim terenie, więc musicie zaakceptować moje zasady.
Brwi Conora podjechały do góry, nie zaprotestował jednak. Pozostali wyglądali na równie zaskoczonych.
– Jakie są te twoje zasady? – zapytał w końcu.
– Po pierwsze szczerość – zaczęłam wyliczać na palcach. – Żadnych kłamstw i wykrętów. Po drugie twarzą w twarz. – Wskazałam na Conora. – Zapraszam cię do mojego domu, ale tylko ciebie i tylko na czas rozmowy. Reszta zostaje na dworze.
Moje słowa nie wywarły na nich tak piorunującego wrażenia, jak oczekiwałam, ale musiało mi wystarczyć, że zaskoczyłam ich swoją nieugiętą postawą.
Niebieskooki mruknął coś do swoich towarzyszy, czego nie zdołałam usłyszeć, zaś oni zrozumieli bezbłędnie, gdyż bez słowa opuścili moją działkę. Wilk stanął obok mnie zadowolony niczym kot, który dobrał się do śmietanki.
– Jestem Conor – przedstawił się.
– Wiem.
– Skąd? – Wyglądał na naprawdę zszokowanego.
– Zdziwiłbyś się – mruknęłam i weszłam do domu, a on poszedł za mną. W sieni poczekałam, aż zdejmie kurtkę i powiesi ją na wieszaku. Ubrany był w granatowy T-shirt z długim rękawem. Cienki materiał mocno opinał każdy skrawek jego ciała. Przeszło mi przez myśl, że faceci celowo noszą za małe ciuchy, by podkreślić swoje gabaryty. Cóż, jeśli chciał bym gapiła się na jego nadmiernie rozbudowany tors i ramiona, udało mu się. Korciło mnie, by sprawdzić, czy mięśnie są tak twarde, na jakie wyglądają, ale powstrzymałam się. Przeczesał krótkie włosy i popatrzył na mnie zakłopotany, co biorąc pod uwagę mój niewielki wzrost, a jego całkiem spory, było iście niesamowite. Wskazałam głową na buty i dalej czekałam. Jeśli sądził, że pozwolę mu chodzić po białych płytkach w buciorach, grubo się mylił.
Zmieszał się jeszcze bardziej, posłusznie jednak zdjął buty, ustawił je nawet w rządku razem z innymi. Mnie rozbawił fakt, że nosił czerwone skarpety, które ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu były całe. Sama nie wiem, ale spodziewałam się, że zobaczę któryś paluch na wierzchu, a tu taka niespodzianka.
Poszłam do kuchni, a on podreptał za mną. Dosłownie podreptał, na bosaka, ze zgarbionymi plecami, zerkając na boki, usiłując dostrzec, co czyha a niego w ciemności. Możliwe, że oczekiwał, iż mój wilk rzuci się na niego z zaskoczenia.
Kuchnia może nie była dobrym miejscem do przyjmowania gości, ale w warunkach polowych, które obecnie panowały w moim domu, było to jedyne pomieszczenie dostatecznie mocno oświetlone. Wskazałam mu miejsce za stołem, sama usiadłam po drugiej stronie.
– Co byś zrobiła, gdybym nie posłuchał i nie zdjął butów? – zapytał ni z tego, ni z owego.
– Skończyłbyś jak wilk, który aktualnie przebywa pod moim dachem – odpaliłam bez wahania, a niech sobie myśli.
Zamrugał zaskoczony, chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Możliwe, że sądził, iż powiem, że zdzieliłabym go ścierą przez łeb, albo dostałby mopa do posprzątania podłogi.
– W twoim domu czuć krew,– Zauważył, zmieniając temat.
Wzruszyłam ramionami.
– Mówiłam, że nie jest mądrze ze mną zadzierać. – A co tam brnęłam dalej, udając twardą sztukę. Nawet mnie to bawiło. – Kobiety też gryzą.
Oblizał usta, a jego oczy rozbłysły dziwnym blaskiem.
– Co chcesz wiedzieć? – zapytał.
– Kim jesteś ty, twoi kumple i co tutaj robicie? Bez tych wszystkich głupot o terytoriach i wilczych obyczajach.
Oparł się głową o ścianę za plecami. Przymknął oczy, milczał dłuższą chwilę. Przez ten czas mogłam go sobie do woli poobserwować. W świetle świec wyglądał cholernie seksownie i niebezpiecznie. W tym facecie nie było nic łagodnego. Twarde linie szczęki, prosty nos, wąskie usta. Skórę miał ładnie opaloną i zapewne nie był to efekt przebywania w solarium. Jego wyglądała na wysmaganą wiatrem, co świadczyło, że dużo przebywał na świeżym powietrzu.
– Pochodzę z Australii – powiedział w końcu. – Tam się urodziłem, chociaż korzenie mam polskie. Pięć lat temu wróciłem do kraju. Mam niedużą firmę dekarską.
Oparłam łokcie na stole.
– Jesteś dekarzem? – Jakoś nie pasowało mi to do niego, chociaż facet był silny. Ale żeby od razu biegał z młotkiem po dachu?
– Konkretnie rzecz biorąc cieślą, reszta moich ludzi, których już zdążyłaś poznać, pracuje ze mną.
– Naprawdę? – mimowolnie się uśmiechnęłam. – Zatem dachy nie mają przed tobą tajemnic?
– Oczywiście. Gdybyś miała jakiś problem, jestem do usług. – Wyraźnie napęczniał z dumy.
Wydęłam wargi. Wilki powinny biegać po polach, nie po dachach. Świat schodził na psy.
– Tak się składa, że mam poważny, żeby nie powiedzieć upierdliwy, problem z dachem. Ten problem nazywa się kuna.
Najpierw patrzył się na mnie, jakby myślał, że żartuję, kiedy jednak zorientował się, że jestem absolutnie poważna, zaczął się śmiać. Cóż, mnie nie było do śmiechu. Każdy, kto miał kiedykolwiek kunę pod dachem, wie, ile hałasu robi, biegając pod strzechą, jak bardzo niszczy wełnę izolacyjną i podbitkę. Zwierzątko jest piękne, ale patrząc na szkody, budzą się we mnie instynkty mordercze.
Conor z wolna przestał rechotać.
– Nie miałabyś problemu z kuną, gdyby mieszkał z tobą wilk – zauważył nieco ironicznie.
– Bardzo zabawne – skrzywiłam się. – Domyślam się, że chodzi ci o to, że silniejszy drapieżnik przegoni słabszego, ale mnie to nie rusza. Cała ta gadka o wilkach. Jakoś mnie nie przekonujesz.
– Bo nie widziałaś nas, w naszej prawdziwej formie, nie wiesz, jacy jesteśmy silni.
Jakoś nie miałam ochoty tego sprawdzać. Co innego niańczyć jednego faceta z wilczym ogonem, ale kolejnych sześciu wilków, obsikujących rabatki, było ponad moje siły i wyobrażenie. Mimo to musiałam wiedzieć.
– Jesteś taki sam jak Łukasz?
– W pewnym sensie. Już ci to mówiłem, on jest kundlem, w moich żyłach płynie czysta krew.
– Okej – przerwałam mu. – Nie o to mi chodziło. Jesteście wilkami jak on. – W moich uszach brzmiało to niedorzecznie i pewnie gdybym nie widziała tyłka Łukasza, nie uwierzyłabym w podobne brednie. – Nie wiem, co mam myśleć o waszym przyjeździe? Jest zima, pada śnieg, nie ma prądu, a wokół mojego domu kręci się wataha wilków.
– Instynkt kazał nam tutaj przyjść. – Wydawał się wierzyć w to, co mówi. – Nie znasz nas, nie masz pojęcia, jak to jest żyć, mając podwójną naturę, być na wpół zdziczałą istotą, zachowywać się jak człowiek i walczyć ze sobą każdego dnia. To trudne.
Do głowy przyszło mi co najmniej kilka rozwiązań: zakład psychiatryczny, szczepienia przeciwko wściekliźnie, ostatecznie kaganiec, buda na dworze też by się nadała. Chociaż ja aktualnie nie posiadałam żadnej. Na samą myśl o sześciu wilkach biegających po ogródku miałam ochotę się śmiać. Okej, to było niecodzienne. Do tego jeszcze Łukasz, choć ten aktualnie był wybrakowany. Pół wilk, pół człowiek. I pomyśleć, że nie dalej jak wczoraj mówiłam, że mam nudne życie.
– Co to ma ze mną wspólnego? – Na to pytanie przede wszystkim chciałam znać odpowiedź.
– Twój zapach nas tutaj zwabił.
Uniosłam brwi do góry, mimowolnie zastanawiając się, czy chciał mnie obrazić, czy też miał na myśli coś innego niż zapaszki spod paszki. Chyba połapał się jak mogłam zrozumieć jego słowa, gdyż szybko dodał:
– Chodzi o aurę, która cię otacza, emanuje z ciebie siła, odwaga i zaradność.
Przewróciłam oczyma.
– Ten opis pasuje do większości kobiet na kuli ziemskiej.
– Twoja aura jest jedyna w swoim rodzaju. – Patrzył na mnie tak intensywnie, że jeszcze chwila i uwierzę, że mam skrzydełka wróżki i magiczny pyłek w kieszonce spodni.
– Co ta moja aura dla was oznacza? – Oblizałam usta ciekawa kolejnych rewelacji.
– Jesteś kimś w rodzaju królowej – wyrzucił z siebie jednym tchem.
Taa, królową pszczół, a trutnia miałam przed sobą. Rozmowa pewnie trwałaby dalej, gdyby Łukasz nie wybrał tej właśnie chwili, by zejść do kuchni. Stanął jak wryty na widok innego samca. Jego oczy natychmiast ściemniały, a mięśnie szczęki zaczęły drgać. Co ciekawe, ogonek poruszał się równie nerwowo. Conor był równie zszokowany. Zerwał się z miejsca i stanął naprzeciwko wilka. Ja również podniosłam się z miejsca. Poziom testosteronu w kuchni osiągnął masę krytyczną. Myślałam, że mężczyźni rzucą się sobie do gardeł, gdy tymczasem Conor zapytał:
– Co on ma na sobie?! – Chwilę później jęknął przeraźliwe. – Jego ogon! Ty mu to zrobiłaś?!
Oczywiście, bo kobiety są odpowiedzialne za całe zło tego świata.
– Mówiłam ci, tak kończy każdy, kto nie słucha moich rozkazów. – Skrzyżowałam ramiona na piersi i uśmiechnęłam się tryumfalnie.
Rozdział 10
Za żadne skarby
Zakładałam, że będą skakać sobie do oczu, albo udowadniać, który jest silniejszy i bardziej władczy. Zamiast tego zwarli szyki i zaczęli obwiniać mnie za ich obecne położenie.
Uniosłam ręce w geście obronnym.
– Tylko mi tutaj nie wyjeżdżajcie z męską solidarnością! – krzyknęłam rozłoszczona. – Jeszcze wczoraj nie znałam żadnego wilka, baa, nawet nie widziałam prawdziwego na oczy, a teraz pchacie się drzwiami i oknami.
– Kim ty jesteś? Wiedźmą? Wicanką? Że przemieniłaś go w to coś? – Conor otępiałym wzrokiem patrzył to na mnie to na różowe portki mojego gościa i ogonek dyndający za jego plecami.
– Argh! – wrzasnęłam rozwścieczona. – Czy do was, chłopcy, nic nie dociera, czy może tam skąd pochodzicie wszystkie kobiety to idiotki?
– Nie – odpowiedzieli chórem.
– Szanujemy nasze wybranki – uściślił Conor.
– Nie będę dociekać co to oznacza. – Zauważyłam zjadliwie. Wskazałam ręką na tyłek Łukasza. – Nic mu nie zrobiłam, on już tak ma. Dlaczego? Nie wiem. Znalazłyśmy go z Dorką na dworze. Wyglądał trochę gorzej niż w tej chwili, jeśli rozumiesz co mam na myśli, ale ogon już tam był.
– Nie mów o mnie, jakby mnie tu nie było – obruszył się wilk.
– To nie zachowuj się, jak rozkapryszona panna – zrugałam go.
– Usiłujesz mnie ośmieszyć. Fiona i Filip mają dla mnie więcej zrozumienia niż ty.
– Rozmawiasz z moimi zwierzętami? – Musiałam wyglądać na co najmniej na zdziwioną, gdyż wilk zaczął gwałtownie machać rękoma.
– Twój kot i królik mnie lubią, czują we mnie zwierzę. Ja akceptuję je, a one mnie.
– Jesteś drapieżnikiem, powinny się ciebie bać.
– Urok osobisty, nic na to nie poradzę – uśmiechnął się bezczelnie.
– Z tym bym akurat polemizowała. – Chciałam coś jeszcze dodać, ale Conor przerwał naszą dyskusję.
– Rozumiem, że on dla ciebie nic nie znaczy? – Usta mężczyzny wykrzywiły się w cierpkim grymasie.
Zamrugałam zaskoczona, usiłując zgadnąć, o co mu chodziło.
– Podejrzewam, że dokładnie tyle samo co dla ciebie. – Jakimś cudem zdobyłam się na wykrętną odpowiedź. Byłam zła, że w ogóle musiałam się tłumaczyć.
Conor zmarszczył brwi. Z jego miny wywnioskowałam, że usiłował przetrawić moje słowa. W końcu powiedział:
– To co się stało z jego ogonem nie jest sprawą naturalną. Takie rzeczy nie dzieją się same z siebie.
– Może już był wybrakowany? – zauważyłam.
– Wypraszam to sobie! – Obruszył się Łukasz. Chłopak skrzyżował ręce na piersi i chociaż wyglądał w tej pozycji nieco groteskowo, wcale się tym nie przejmował. – Dotąd nie miałem problemów ze zmianą formy. Wszystko stało się, gdy skręciłem do tej przeklętej wsi. Jakby jakieś moce mną zawładnęły. Myślałem, że umrę, wszystko mnie bolało, ciało zaczęło rozpadać się na kawałki. Skóra sama pękała na kościach. Z trudem dowlokłem się do twego domu.
– Ha! A więc przyznajesz, że to nie ja cię tak poraniłam?! – Wymierzyłam w niego palec wskazujący.
– Nigdy tego nie mówiłem. – Zaprzeczył.
– Akurat! – krzyknęłam i natychmiast zamilkłam. Faktycznie nigdy nie twierdził, że to ja go pokaleczyłam, za to oskarżał mnie o doczepienie ogona do ludzkiej formy.
– Od której strony dostałeś się do osady? – zapytał Conor. Głos miał poważny, ton rozkazujący, niczym oficer w wojsku przepytujący podwładnego. Nie bardzo rozumiałam to pytanie, ale widać jako niewilczyca mogłam nie wiedzieć wszystkiego.
– Ścieżką od strony lasu. Ominąłem starą część wsi, potem wbiegłem między nowe zabudowania.
– Od razu źle się poczułeś?
Łukasz zamyślił się, palcami drapał brodę. Zapewne usiłował odtworzyć trasę biegu.
– Początkowo nie działo się nic specjalnego. Dużo śniegu, sporo zabawy, i wtem... jakieś kilka domów stąd poczułem ból. Potem było już tylko gorzej.
– Potrafisz opisać tamten dom? – naciskał Conor.
– Zaraz, zaraz. – Przerwałam im. Nie zwracali na mnie uwagi, toteż musiałam namachać się rękoma, by zechcieli spojrzeć w moją stronę. – Sugerujecie, że niedaleko mnie czai się zło... ? Ludzie opanujcie się!
– Szary dom, ciemna dachówka, koty w oknach – wyrecytował automatycznie Łukasz, ignorując mnie.
Conor skinął głową, jakby zgadzał się z wilkiem, a ja zaklęłam w myślach. Pewnie, że wiedziałam, o jaki budynek chodzi, tak samo jak wiedziałam, kto tam mieszka. I wcale nie podobało mi się, w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Jakby tego było mało mężczyźni wpatrywali się we mnie wyczekująco.
– My również poczuliśmy się źle, przejeżdżając koło tamtego domu. Jakby jakaś siła wysysała z nas życie. Dopiero przy twoim domostwie dostąpiliśmy wyzwolenia. Kto tam mieszka? – zapytał Conor.
– To skomplikowane. – Starałam się wykręcić, chociaż w głowie dzwoniły mi dzwoneczki, a umysł podszeptywał, że zawsze wiedziałam iż mam do czynienia z wiedźmą.
– Przeciwnie – mruknął niebieskooki. – Z tamtego domu bije wrogość i chłód. Powiedziałbym, że jest opustoszały i duchy w nim grasują, gdybym nie widział dymu z komina.
Westchnęłam ciężko. Od dawna podejrzewałam, że ona nie jest normalna, ale co innego przezywać nielubianą sąsiadkę czarownicą, co innego wiedzieć, że nią jest naprawdę.
– Ludzie nazywają ją starą Agatą – powiedziałam w końcu.– Mieszkała tu jeszcze nim powstało moje osiedle. – Zamilkłam, szukając w głowie odpowiednich słów. – Ona... nie bardzo lubi ludzi. – Nie powiedziałam, że tak naprawdę to nie znosiła kobiet i dzieci. Mężczyźni zaś cieszyli się u niej szczególnymi względami, chociaż, jak tak się nad tym zastanowić, to uciekali od niej gdzie pieprz rośnie. Mój mąż na przykład unikał Agaty niczym dżumy, twierdził, że pięć minut w jej towarzystwie przyprawiało go o wszystkie możliwe choroby, począwszy od bólu głowy, a skończywszy na impotencji.
– Czy potrafi rzucać uroki? – dociekał Conor.
Przewróciłam oczyma.
– A skąd ja mam to wiedzieć. Wygląda na starszą panią i do wczoraj myślałam, że jest człowiekiem. Awersja do obcych, to jeszcze nie przestępstwo.
– Chyba, że usiłujesz wyssać życie z nich – skwitował cierpko Łukasz.
– Tego nie wiemy – zaoponowałam.
– Jak długo ją znasz?
– Jakieś dziesięć lat, ale...
– Czy zmieniła się przez ten czas? – przerwał mi Conor. – Postarzała się?
Już chciałam go zbesztać, że kobiet nie pyta się o wiek, gdy nagle dotarło do mnie, że faktycznie ona cały czas wyglądała tak samo. Nie umiałam powiedzieć ile miała lat. Ludzie zwali ją starą Agatą, bo stroniła od obcych, z nikim nie rozmawiała i przygarniała bezdomne koty. Nie wyglądała jednak na przesadnie starą. Kiedyś zdawało mi się, że mogła mieć koło sześćdziesiątki, teraz jednak nie byłam tego taka pewna. Była szczupła, wręcz przeraźliwie chuda, ciemne włosy zawsze nosiła związane w kucyk. Rysy twarzy miała ostre, przesadnie kanciaste, niezbyt kobiece. Ubierała się na czarno, nawet latem zakrywając całe ciało od stóp do głów. Podobno miała sporo tatuaży, ale nie bardzo wierzyłam w tę historię.
– Dobra, przyznaje, że od lat wygląda tak samo: chuda, zasuszona strzyga. Zawsze ta sama fryzura, makijaż i skrzywiony grymas ust.
– Ma rodzinę, męża, dzieci...? – Conor wyglądał na coraz bardziej zaintrygowanego. Westchnęłam ciężko. Nie zamierzałam kłamać, nie lubiłam Agaty. Miała w sobie coś antypatycznego, co sprawiało, że nie miało się ochoty z nią rozmawiać. Może sprawiał to sposób, w jaki traktowała mojego syna, jakby był czymś gorszym, a może po prostu drażniła mnie swoją złośliwością. Po śmierci Mateusza dostałam od niej kartę z informacją: teraz już wiesz jak to jest być samym. W tamtym czasie nie miałam siły użerać się z głupią staruchą ani tym bardziej odpowiadać na jej zaczepki. Zaczęłam więc jej unikać i tak zostało do dziś.
– Słyszałam, że ma siostrę, ale podobno nie utrzymują ze sobą kontaktów. Przeżyła dwóch mężów, dzieci nie ma. – Ludzie na wsi szeptali, że to właśnie z tego powodu była taka zgryźliwa i pewnie było w tym jakieś ziarno prawdy. Agata nienawidziła dzieci, zwłaszcza dziewczynek. Nigdy nie pozwalała bawić się w pobliżu swego domu, przepędzała też dzieciarnię w Halloween.
– Nie lubisz jej – zauważył Łukasz.
Wzruszyłam ramionami.
– Nie sposób lubić kogoś, kto zawsze jest skrzywiony, kto nawet na zwykłe dzień dobry odpowiada kąśliwą uwagę, kogoś, kto traktuje cię jak śmiecia, a twoje dziecko jak dżumę i cieszy się, że straciłaś męża.
Mężczyźni wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, co nie umknęło mojej uwadze, na chwilę zapadła cisza.
– Będziemy musieli się do niej zakraść. – Zadecydował po dłuższej chwili Łukasz.
– Oczywiście – parsknęłam. – Wykradniemy tajemną księgę i zdejmiemy z ciebie urok. – Moje słowa miały być żartem, ale z miny mężczyzn wywnioskowałam, że właśnie to planowali zrobić.
– Musisz mi pomóc – poprosił Łukasz. Uśmiechnął się do mnie prosząco.
– Nie ma mowy. – Szłam w zaparte. Nie miałam zamiaru nigdzie się włamywać, a już na pewno nie do domu Agaty. Koszmary nie opuściłyby mnie do końca życia.
– Mieszkasz tu od lat, z pewnością znasz rozkład pokoi. – Dołożył swoje Conor. – Pomożemy ci.
– Mi! – Podskoczyłam na krześle. – Ten dom to grobowiec, za żadne skarby tam nie wejdę.
– Marysiu, proszę – Łukasz zaskomlał jak piesek. – Jeśli mi nie pomożesz, nie odzyskam swojej mocy i nie będę mógł wrócić do dawnego życia, a tym samym jeszcze długo będę mieszkał u ciebie. Nie żebym się skarżył, ale sama wiesz, różowy to nie mój kolor...
Ostatnie zdanie przeważyło szalę i wszelkie moje obawy jakby wyparowały.
– Kiedy chcecie pójść? – Nagle nabrałam wielkiej ochoty na wyprawę.
Rozdział 11
Strach ma wielkie oczy
– Nigdzie nie pójdziesz. – Dora stanęła w sieni i wymachując rękoma blokowała wyjście. – W życiu nie słyszałam głupszego pomysłu, a jak sama wiesz, mój eks niejedną bujdę wymyślił.
Ze spokojem wysłuchałam protestów przyjaciółki. W międzyczasie zdążyłam się już ubrać, a Dora cały czas zastawiała drzwi. Podświadomie czułam, że stojący za moimi plecami Conor uśmiecha się. Nie wiem tylko, czy bawiła go postawa mojej przyjaciółki, czy czerpał frajdę ze mnie skaczącej na jednej nodze i usiłującej wciągnąć kozaki.
– Posłuchaj – zaczęłam, unosząc dłonie w geście obronnym. – Doceniam twoją troskę, ale jeśli starucha faktycznie rzuciła klątwę na Łukasza i ma jego futro, nie mamy innej opcji, jak pójście do kurzej chatki i wykradzenie go.
– Marysiu, znasz ją. Wiesz, że najchętniej utopiłaby cię w łyżce wody. – Dorota usiłowała jeszcze odwołać się do mojej dumy. Cóż miała rację, nie miałam najlepszych relacji z Agatą, zresztą, kto z naszej wsi je miał? Zapewne ulżyłoby mi, gdyby wiedźma wyprowadziła się z osiedla, chociaż nie byłam, aż taką optymistką, by wierzyć, że kiedykolwiek się to zdarzy. Prawdę mówiąc, nie zakładałam nawet, że uda się nam zbliżyć do jej domu.
– Będę jej pilnować, jeśli poprawi ci to humor. – Zaproponował Conor, ciągle stojący za mną. Odwróciłam się, by spojrzeć na niego, ale minę miał tak poważną, że nie byłam pewna, co miał na myśli.
Dorotka zmierzyła go uważnym spojrzeniem, nawet pogroziła mu palcem.
– Jeśli coś się jej stanie, będziesz miał ze mną do czynienia.
Nie skomentował jej słów, było oczywiste, że nic sobie nie robił z jej gróźb. Zamiast tego zwrócił się do Łukasza:
– Ty zostajesz, pilnuj domu, Doroty i dzieciaków.
Chłopak usiłował protestować, twierdząc, że tu wszak chodzi o jego futro, ale Conor usadził go w miejscu.
– Jeśli wiedźma miała coś wspólnego z tym, co ci się stało, to zna już twój zapach i bez trudu cię wyczuje.
– Hej, mój zapach też zna. – Nagle mnie olśniło. – Mieszkam tu dziesięć lat. – Może też nie powinnam iść?
– Nie, ty jesteś bezpieczna. – Conor skwitował moje obawy machnięciem ręki. – Ludzie nie pachną tak intensywnie jak wilki, poza tym, jak słusznie zauważyłaś, mieszkasz tu, twój zapach dawno wsiąknął w to miejsce. Wiedźma nie poczuje różnicy.
Nie bardzo mnie to przekonywało, mimo to wyszłam na dwór, bo o dziwo, Dorka w końcu usunęła się z przejścia. Śnieg jakby padał nieco słabiej, ale marna to była pociecha, skoro drogi i tak były już zasypane. Piątka facetów kręcących się przed moim domem, spojrzała na mnie wyczekująco, a ja milczałam. Nie zamierzałam im nic tłumaczyć, niech Conor się pomęczy. Byłam nawet ciekawa jak zamierzał wytłumaczyć naszą misję.
– Wszystko wskazuje na to, że w okolicy mieszka czarownica i to ona złapała nas w potrzask – powiedział bez ogródek. Jego kumple nie zdawali się być zaskoczeni tym stwierdzeniem, któryś nawet zawołał.:
– To zapolujmy na sukę.
– Wyrwać jej serce – dodał inny.
Conor uniósł rękę, uciszając kumpli.
– Popieram, ale sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Czarownica rzuciła na wilka, który przebywa w domu Marysi urok. Jeśli ją zabijemy, chłopak już nigdy nie odzyska prawdziwej formy.
– A kogo to obchodzi – ponownie rozległy się szepty.
– To mieszaniec – dorzucił ktoś inny.
Conor ponownie uciszył kamratów, ja zaś zauważyłam, że mój kot Filip przycupnął koło moich nóg i zerkał podejrzliwie to na mnie to na uliczkę.
– Wznieśmy się trochę ponad podziały – ciągnął niezrażony Conor. – Wiedźma mieszka w szarym domu, wiecie w którym, poczuliście spadek mocy. Więcej nie musiał mówić, wszyscy jak na komendę zerknęli za siebie. Ciemność panująca na dworze nie sprzyjała zobaczeniu czegokolwiek, przynajmniej w moim przypadku, podejrzewałam jednak, że wilki nie miały najmniejszego problemu z dostrzeżeniem domu czarownicy.
– Jaki jest plan? – zapytał któryś z towarzyszy Conora.
– Do chaty wiedźmy idę ja i Marysia, poprowadzi nas Filip, który wie, jak się tam dostać. – Conor oznajmił to z wielkim przekonaniem, a ja zaczęłam się śmiać.
– Chyba nie mówisz poważnie? – zażartowałam. – Mój kot ma na prowadzić do domu Agaty? A tak w ogóle to skąd wiesz, jak on ma na imię? – To był jakiś kosmiczny żart. Niestety tylko mnie było do śmiechu, wilki milczały jak zaklęte, zaś kocur siedzący u moich stóp spojrzał na mnie z wielce urażoną miną, miauknął przeciągle i przysięgam, że zabrzmiało to jak „głupia”, następnie zeskoczył ze stopnia, pobiegł do furtki, prześlizgnął się pod nią i stanął po drugiej stronie.
– Idziemy – zarządził Conor, ignorując moje zastrzeżenia i nie racząc odpowiedzieć na pytanie. – Reszta stoi na czatach i alarmuje, gdyby zaczęło dziać się coś dziwnego. Wilk Marysi przypilnuje domu.
To by było na tyle jeśli chodzi o planowanie. W zasadzie to nie miałam nic do gadania. Conor popchnął mnie przed siebie i czy chciałam, czy nie, musiałam pójść za kotem.
Filip jak to miał w zwyczaju oczywiście nie poszedł prostą drogą pod dom Agaty, tylko skręcił na pobliskie pola i nadrabiając sporo drogi zmierzał do siedziby wiedźmy. Nie podobało mi się brodzenie w śniegu. Zwłaszcza, że było go tak dużo, iż co chwila zapadałam się po pas i Conor musiał mnie wyciągać. Czułam jego gorący oddech na karku, co tylko jeszcze bardziej mnie dekoncentrowało. Najbardziej jednak złościło mnie, że on bez trudu szedł po białym puchu. Nie rozumiałam, jakim sposobem to robił, wszak ważył jakieś dobre pięćdziesiąt kilo więcej niż ja.
Trwało to cholernie długo, ale w końcu dotarliśmy do posesji Agaty. Płot od strony pola był stary i spróchniały. Sztachety stały nierówno, chyląc się pod naporem śniegu i lodu.
Dla Filipa i Conora taka przeszkoda nie stanowiła żadnego wyzwania. Ja natomiast stałam jak wryta. W głowie już widziałam, jak drę spodnie na nierównych deskach. Nie miałam zamiaru ośmieszyć się na oczach wilka. Ten zaś widząc moją dekoncentrację, wyciągnął po mnie ręce. Podniósł mnie z taką łatwością, jakbym była dzieckiem. Niecodzienne doświadczenie i szalenie krępujące jeśli mam być szczera.
Kiedy już znalazłam się po drugiej stronie, na ziemi Agaty, łamiąc kilka paragrafów kodeksu karnego, Filip zerknął na mnie podejrzliwie, po czym skierował się do domu czarownicy. Kot przeszedł koło dzikiej jabłonki, minął rozpadającą się szopę i zatrzymał się koło wyjścia gospodarczego. Przełknęłam ślinę. Kocur wskoczył na parapet niewielkiego okna i popatrzył na nas. Łapką dotknął szyby, która zachwiała się, potwierdzając, że okno jest otwarte.
Conor nic nie powiedział, minę miał jednak zachwyconą. Okno było małe, możliwe, że znajdowało się w łazience lub jakimś pomieszczeniu gospodarczym, tak czy owak, mieliśmy się nim włamać do domu mojej sąsiadki. Dreszcz spłynął mi po plecach, gdy dotarło do mnie, co właśnie miałam zamiar zrobić. Bałam się, że Agata siedzi gdzieś w środku i bez trudu nas usłyszy. Nigdzie, co prawda, nie widać było blasku świec, ale to wcale nie znaczyło, że jej tam nie ma. Wiedziałam, że starucha nie znosiła słońca i nawet latem nie pozwalała mu wpadać do domu.
Conor był już pod oknem i dawał mi znak bym podeszła. Zrobiłam to bardzo niechętnie, on zaś splótł dłonie tworząc z nich dla mnie prowizoryczny stopień. Filip w tym czasie zdołał już wślizgnąć się do wnętrza. Nie pozostało mi nic innego jak udać się jego śladem.
Przy pomocy wilka wspięłam się na parapet, a potem modląc się, by okno nie zaskrzypiało i, by po drugiej stronie nie było nic wartościowego lub broń Boże szklanego, przerzuciłam nogi i zeskoczyłam. Zacisnęłam powieki i czekałam. Miałam wrażenie, że narobiłam sporo hałasu, jednak ku mojemu zdziwieniu odpowiedziała mi cisza. Pomieszczenie było ciasne. Po każdej ze stron stały regały zapełnione kartonami, puszkami po kawie i słoikami.
Jakiś rodzaj skrytki, lub cholera wie czego, zwłaszcza że śmierdziało tu stęchlizną. Conor wspiął się na parapet i chwilę później również zeskoczył na podłogę. O dziwo, ale nie towarzyszył temu najmniejszy dźwięk. Jakże nienawidziłam tych jego zwierzęcych mocy.
Leciutko ścisnął moje ramię i chociaż w ciemności ledwie widziałam jego twarz, zauważyłam, że położył palec na ustach. Minął mnie i podszedł do drzwi. Uchylił je nieznacznie, chwilę wyglądał na zewnątrz, po czym nakazał mi pójść za sobą. Wyślizgnęliśmy się na korytarz i prawie natychmiast przylgnęliśmy do ściany. Wnętrze domu Agaty było ponure i nieprzyjazne, jak sama właścicielka. Cały korytarz dosłownie tonął w śmieciach. Worki z resztkami jedzenia, kartony po karmie dla kotów, puste butelki i puszki. Dywan, na którym przystanęliśmy uwalany był czymś lepkim i śmierdzącym, najprawdopodobniej odchodami kotów. Jeśli wcześniej martwiłam się, że zostawimy ślady w postaci roztopionego śniegu, teraz nie miałam takich dylematów. Nic nie mogło zaszkodzić temu, co było pod naszymi nogami, a już na pewno nie woda. W powietrzu unosił się zaduch będący pomieszaniem kocich spraw toaletowych, zepsutego jedzenia i czegoś, czego nie mogłam zidentyfikować. Ledwie dwie niekształtne świecie paliły się w tym tunelu pełnym nieczystości. W tej chwili żałowałam, że były, aż dwie i, że widziałam to wysypisko. Conor chwycił mnie za rękę i ścisnął palce. Spojrzał na mnie pytająco.
Wskazałam głową na schody po naszej prawej stronie.
– Sypialnia jest na piętrze, na lewo powinna być kuchnia i salon – szepnęłam najciszej jak się dało. Miałam nadzieję, że mój towarzysz nie zechce pójść na piętro. Co, jak co, ale łóżka wiedźmy nie miałam ochoty oglądać. Zwłaszcza że w domu było zaskakująco cicho, co mogło oznaczać, że starucha spała. Szczęściem wilk pociągnął mnie do salonu.
Stąpając ostrożnie, starając się nie wdepnąć w kocie odchody, omijając stosy śmieci, brnęliśmy dalej. Dotarłszy do centrum domu zaczęłam żałować, że w ogóle zgodziłam się na tę dziwną wyprawę. Pomieszczenie było dość duże, lub przynajmniej takie by było, gdyby nie nadmiar przedmiotów w nim zgromadzonych. Stoły, stoliczki, krzesła rozmaitych kształtów, drewniane witryny, gabloty, komody i figurki. Gdzie nie spojrzeć leżały stare książki i pęczki ziół. Dostrzegłam też szklaną misę wypełnioną dziwnymi przedmiotami: kośćmi, kurzymi łapkami i innymi dziwactwami. Cholera przeszło mi przez myśl. Starucha faktycznie była wiedźmą. Nie chciałam niczego dotykać w obawie, że mogłabym coś zrzucić i zaalarmować właścicielkę.
Conor nie miał takich oporów. Całkiem otwarcie myszkował w stosach książek, szukając, tej, która interesowała go najbardziej. Czas mijał, minuty wlekły się w nieskończoność, a wilk nadal nie znalazł magicznej księgi. Powoli zaczynałam się denerwować, to trwało zdecydowanie zbyt długo. Jakby tego było mało, Filip gdzieś zniknął. Rozglądałam się za kocurem, nigdzie go jednak nie widziałam. Bałam się, że kot nas zdekonspiruje, lub co gorsza wiedźma zrobi mu coś złego.
– Pospiesz się – szepnęłam do wilka, ponaglając go. I nagle do moich uszu dotarło miękkie szuranie stóp. Włoski na karku momentalnie stanęły mi dęba. Conor również zamarł. Spojrzał na mnie i w jego spojrzeniu zobaczyłam to, czego bałam się najbardziej: Agata wyszła z sypialni i zmierzała do salonu. Panika zakradła się do moich myśli, chciałam nawet rzucić się do ucieczki, ale wilk złapał mnie za ramię i pociągnął w głąb pokoju. Otworzył drzwiczki ogromnej szafy, stojącej nieopodal okna i wepchnął mnie do niej. Sam chwilę później wskoczył do wnętrza. Miejsca było tu mało, zdecydowanie niewystarczająco dla dwójki dorosłych ludzi. Smród stęchlizny, który natychmiast mnie otoczył, sprawił, że wolałam namacalnie nie sprawdzać co wisi nad moją głową i na czym stoję. To mogły być stare pościele, spleśniałe płaszcze, ale równie dobrze coś o wiele gorszego. Uczucie klaustrofobii obudziło się we mnie ze zdwojoną siłą. Chciałam wyjść i zaczerpnąć powietrza, spotkanie twarzą w twarz z Agatą nie miało już znaczenia. Conor jednak chwycił mnie jedną ręką w pasie, drugą zasłonił mi usta.
– Nie panikuj – szepnął uspokajająco, co w ogóle na mnie nie podziałało. – Wytrzymaj jeszcze trochę.
Łatwo było mu mówić. Kroki stały się coraz głośniejsze i chwilę później przez szparę w drzwiach zobaczyliśmy wchodzącą do pokoju wiedźmę. Bałam się szaleńczo, ale w chwili gdy ją ujrzałam, mogłam tylko rozdziawić usta. Agata była całkiem golusieńka, jedynie cienkie, długie pasma włosów opadały na jej ciało, nie były one jednak w stanie niczego zasłonić.
– O kurwa – szepnął Conor, i tym razem musiałam przyznać, że sama lepiej bym tego nie ujęła. Wiedźma była przeraźliwie chuda, jej ciało przypominało pomarszczoną rodzynkę, w dodatku cholernie przeterminowaną. Sflaczałe piersi zwisały aż do pępka, pojedyncze kępki siwych włosów straszyły w kroku. Mimo tego wszystkiego kobieta podeszła do ogromnego lustra, stojącego w salonie i przyjrzała się sobie z uznaniem. Nawet się do siebie uśmiechnęła, co sprawiło, że oboje z Conorem otrząsnęliśmy się z obrzydzeniem.
Nieświadoma naszej obecności czarownica przeszła przez salon, do części kuchennej, złapała za drzwiczki lodówki i otwarła je zdecydowanym ruchem.
– Moje śliczności – powiedziała, sięgając po zawiniątko leżące na jednej z półek. Był to szary rulon, czegoś, czego z daleka nie mogliśmy zidentyfikować. Kobieta wsunęła sobie ów przedmiot pod pachę, po czym sięgnęła po kolejną rzecz tym razem z samego dna lodówki. Conor poruszył się niespokojnie, dostrzegając, co wiedźma wyciągnęła – wielką księgę.
Super przeszło mi przez myśl. Szukaliśmy jej wszędzie, ale ni przyszło nam do głowy, że czarownica chowa księgę zaklęć w lodówce.
Agata tymczasem wróciła przed lustro. Księgę położyła na stole. Chwilę ją wertowała nim znalazła właściwą stronę. Zadowolona z tego, co przeczytała, zwróciła się twarzą do lustra. Dopiero wtedy wyciągnęła zawiniątko spod pachy i zaczęła je rozwijać. Był to duży skrawek materiału, w szarobiałym kolorze i nieco włochatej fakturze. Poszarpane brzegi materiału sprawiły, że zaczęłam zastanawiać się, co to może być, gdy nagle, Conor ścisnął boleśnie moją rękę.
– Futro Łukasza – wychrypiał. W jego głosie pobrzmiewała złość.
Przełknęłam ślinę, nie mogliśmy nic zrobić, tylko patrzeć jak Agata okrywa się futrem niczym płaszczem. Otulała się nim szczelnie, gładziła jego strukturę, wąchała. Chwilę później zerknęła do książki i zaczęła wypowiadać zaklęcie. Nie rozumiałam słów, były dziwne, kłujące, raniące moje uszy. Nie miałam pojęcia, co one oznaczały, ale musiały być zaklęciem, bo czym innym mogłyby być? Ważne, że miały w sobie magię i starucha wiedziała jak ich użyć. Z przerażeniem patrzyłam, jak futro zaczyna iskrzyć, a chwilę później otulona nim wiedźma młodnieje. Na naszych oczach pomarszczona skóra napinała się, kurze łapki wokół oczu znikały, wargi stawały się pełne, policzki gładkie i różowe. Włosy Agaty zgęstniały i ściemniały. Resztę ciała kobiety zakrywało futro, podejrzewałam jednak, że wyglądało równie młodo, jak twarz wiedźmy. Czułam, że siedzący obok mnie Conor sapie ze złości. Nic jednak nie mogłam zrobić, by przerwać, to co działo się w salonie.
Jakby tego było mało, do pokoju zajrzał mój kot. Filip jak gdyby nigdy nic wskoczył na stół i przysiadł obok księgi. Oddech utknął mi w piersi, strach ścisnął krtań. Kot zamiauczał przeciągle i wiedźma spojrzała w jego stronę.
– Mój słodki łobuziak – szepnęła, gładząc czarny łeb zwierzęcia. – Dawno cię nie było.
Filip zamiauczał ponownie, a Agata tylko skinęła głową.
– Jesteś głodny, co? Pewnie ta kretynka nie daje ci jeść.
Nie daje jeść?! Kretynka! Też coś! Miałam ochotę prychnąć. Ty przeklęty zdrajco, wyrzucałam kocurowi w myślach. W domu łasisz się do nóżek i domagasz głaskania, a potem idziesz do niej! Oj, niech tylko wrócę, do domu, zaserwuję ci taki posiłek, że zapamiętasz go do końca życia. Jeszcze zatęsknisz za myszkami.





37 komentarzy:

  1. Mam nadzieję, że przyjaciółki znajdą tego wilka. Tylko komu on będzie przeznaczony. Bardzo mi się podobał ten rozdział. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i jestem pewna, że wilk sam wpadnie w ich łapy. Nie wiem tylko, kto kogo powinien się bać. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Dziekuje Emi swietne dialogi ,humor aż kipi w kazdym zdaniu Podoba mi sie zawsze z przyjemnoscia czytam Twoje dialogi i usmiech mam na ustach Obie bohaterki sa bardzo energiczne i jestem ciekawa co znajda za progiem pozdrawiam blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jak znam moje bohaterki to znajdą kłopoty. Jestem jednak pewna, że wyjdzie im to na dobre. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. OOO wyczuwam cos w stylu Kotka co myslal nie tak jak trzeba :D tylko kobitek mniej :D a poza tym chcialem zauwazyc, ze mimo ze kuska kosci nie posiada to jednak ja zlamac mozna niestety....wiem wiem ewenement ale jednak :D:D:D dziekuje Emis i buziolki :*:*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz, że można złamać? Wierzę ci na słowo, ha ha. Obawiam się jednak, że w warunkach jakich znajdzie się ten jeden konkretny wilczek, prędzej go sobie odmrozi.

      I masz rację, będzie to bardzo wesolutkie opowiadanie - szczypta humoru okraszona erotyzmem.

      Usuń
  4. No proszę ten Mój Szalony ma dobry węch, smak (haha) i czuje lekkie podobieństwo z Naszym kiciusiem ;). Hmm... Sławek a może Ty też masz "ogonek"?
    No dobra, koniec tych flirciarskich tekstów czas na wyborny komentarz dla Mojej Emiś.
    Kochana wiesz dobrze,że masz nie jeden talent a ten tu pisarski to miód na serca, dusze... Czytam nie od dziś Twoje dzieła i za każdym razem robią wrażenie.
    Wilczek już jest intrygującym opowiadaniem i ma zadatki na wiele "obślinionych" kocic :P, w tym i Ja :))))), ba ja już czekam z wypiekami na swym licu na kolejne dzieje. Swoją drogą lubisz tych swoich bohaterów przedstawiać Nam bez żadnych ciuszków co? tylko ogonek (hmm...chyba dwa co?)
    Pozdrawiam cieplutko i śmigam po drugi rozdział. Ivonka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i proszę doczekałam się odwiedzin. Wreszcie. Iwonko, chyba łatwo się domyślić, że historia wilka będzie podobna do kiciusia - takie było moje założenie. Zamierzam zaserwować wam sporą dawkę śmiechu i dziwnych przygód bohaterów. Jeśli chodzi o tych ostatnich, to będzie ich znacznie więcej i każda nowa osoba okaże się być jeszcze bardziej zakręcona. Ściskam mocno.

      Usuń
  5. Dzieci są zabójczo rozkoszne, mało że dociekliwe to jeszcze sprytne i bardzo spostrzegawcze. A panie sobie wykrakały swego wilka, szkoda tylko, że ktoś go tak poranił. Bardzo dziękuję za ten zabawny rozdział. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz rację Meg, maluchy tworzą zgrany tandem, zajrzą tam, gdzie panie nie będą miały odwagi i jeszcze nie raz rozbawią cię do łez. A wilczek, jak wilczek, na razie ogłuszony, śpi. Swe prawdziwe oblicze pokaże, kiedy się zbudzi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Emi nie moge doczekac sie juz kiedy sie zbudzi trzeba jednak przyznac ze masz zaciecie komediowe czytam i usmiech nie schodzi mi z twarzy dziekuje milego dnia blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa. Wilczka pisze się zaskakująco łatwo, ja bawię się równie dobrze, jak moje bohaterki.

      Usuń
  8. Nareszcie się przebudził i do tego w pełnej krasie i z odpowiednim komentarzem. Oj będzie się działo. Bardzo dziękuję za tę dawkę humoru. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie, będzie, zwłaszcza, gdy wilczek zorientuje się, że panie nie są tak napalone jak mu się zdaje i gdy zobaczy, że ma ogon...

      Usuń
  9. Oj Emi on jest całkiem nago ????? dlaczego mnie tam nie ma ?? dziekuje i życze leniwej niedzieli blanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nagi i nienasycony, ha ha. Poczekaj parę dni, a zobaczysz, co będzie dalej.

      Usuń
  10. Nareszcie jakis tekst gdzie moge sie posmiac dzieki chyba beda miala różowe sny :D blanka

    OdpowiedzUsuń
  11. No pewnie, najlepiej całą winę zwalić na "baby", nawet wilki tak mają. Pięknie dziękuję za super zabawny rozdział (zwłaszcza ten różowy dresik). Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
  12. :D:D:D Meg a na kogo jak nie na baby :D przecież nie na dzieci :D dziękuję Emiś I buziolki :***

    OdpowiedzUsuń
  13. :D:D:D Meg a na kogo jak nie na baby :D przecież nie na dzieci :D dziękuję Emiś I buziolki :***

    OdpowiedzUsuń
  14. Z tym futerkiem to się udała. Poza tym teraz Luc ma fajne wdzianko w świetnym kolorze i jeszcze może machać ogonkiem, czego może więcej chcieć? Bardzo dziękuję za uroczy rozdział. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
  15. Emis dialogi bosko pikne :D z tym gonieniem ogona i obgryzaniem kosci mnie rozwalilas :D:D:D dziekuje i buziolki :***

    OdpowiedzUsuń
  16. No to się porobiło :D

    Myślałam, że to nadprogramowy "ogonek" Wilczka będzie problemem, a się okazuje, że tutaj o futerko - albo raczej o jego brak, bo wszak ktoś mu je skradł - chodzi :D

    Myślę, że teraz rozpocznie się śledztwo mające na celu wykrycie sprawcy tegoż niecnego czynu, albo zjawią się zbiry, by dokończyć robotę. Bo się pytam, komu potrzebna skóra wilka bez ogonka? Wszak ogonek to podstawa! Każdy wilk to wie :P

    Fajna historia i przefajne dzieciaki (moi ulubieńcy)!!!!

    Dzięki Emiś :*
    koralgol

    OdpowiedzUsuń
  17. Szkoda Maksa, że nie może zamienić się w wilkołaka. A swoją drogą kto skradł futro Łukaszowi. Czyżby się szykowała jakaś napaść. Pięknie dziękuję za zabawny fragment. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
  18. Kim jest tych sześciu facetów i czemu uznają w niej swoją przywódczynię. I co za węch mają, że wyczuli wilka.Co teraz będzie? Bardzo dziękuję za nowy fragment. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz będzie już tylko weselej, zapewniam. Łukasz przestanie mieć monopol na futerko, a poziom testosteronu w domu znacznie wzrośnie.

      Usuń
  19. Dorotka jest trochę bezmyślna, żeby 6obcych facetów wpuścić, no chyba, że aż taką chcicę miała. Natomiast odpowiedź Łukasza całkowicie zbiła mnie z tropu. A poza tym czemu się ich nie boi, sam przeciw sześciu, chyba, że tamci faktycznie nie mogą przeciwstawić się jej poleceniom. I kto tu kłamie oraz dlaczego. Bardzo dziękuję za kolejny fragment. Pozdrawiam, Meg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łukasz jak to facet zgrywa twardego. Mnie się jednak zdaje, że trochę na wyrost udaje silnego. Marysia faktycznie trochę przegięła, ale myślę, że ma jakiś plan, a może się mylę?

      Usuń
  20. Świetny rozdział. Ubawiłam się setnie, a końcówka jest wprost niesamowita. Rany, bardziej się przejął jego ogonem niż czym innym. Pięknie dziękuję za to cudo, buziaki, Meg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, męska solidarność. Złościł się, że wpuściła obcego wilka do domu, ale widząc nieszczęśnika od razu stanął w jego obronie.

      Usuń
  21. Kurcze, ale się uśmiałam 😀Super to opowiadanie, mam nadzieję że będzie kontynuowane bo bardzo mnie zaciekawiło :) Dialogi są powalające, a do tego teraz już siedmiu przystojnych mężczyzn - hmm może Maria to nieco zmodyfikowana królewna Śnieżka? Hehe. Bardzo mi się podobało ☺Dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie myślałam o Marysi w kategorii królewny śnieżki, ale coś w tym jest. Siedem wilków zamiast siedmiu krasnoludków i wszyscy lgną do niej jak ćmy do ognia.
      Dziękuję za odwiedziny. Opowiadanie z pewnością dokończę. Będą jeszcze trzy rozdziały. Zatem zbliżamy się do końca. Pozdrawiam

      Usuń
  22. Kiedy ciąg dalszy, bo naprawdę lubię tą historię, a dawno nic nowego się nie pojawiło

    OdpowiedzUsuń
  23. N właśnie bardzo chcę dalszy ciąg lubię bardzo ogonki:-)

    OdpowiedzUsuń
  24. Wiem, wiem, trochę zaniedbałam moje wilczki, ale skupiałam się na skończeniu zdrady i twierdzy. Obiecuję, że się poprawię. Kolejny fragment dodam jutro.

    OdpowiedzUsuń