wtorek, 24 stycznia 2012

Mroczny Dotyk - Rozdział 3 _epizod 2



– Jeszcze nie wiem. Ale mój demon jest bardzo zadowolony, powiedziałbym wręcz, że czerpie radość z tego, że tu jesteśmy. – Faktycznie Śmierć kotłowała się w jego umyśle od momentu kiedy przekroczyli próg klubu. Początkowo Lucien sądził, że w klubie doszło do jakiegoś wypadku, zwykle tak właśnie demon reagował w obliczu śmierci. Ale potem demon zaczął chichotać i obsesyjnie wręcz powtarzać krew, krew, krew…
Lucien nic z tego nie rozumiał. Czyżby demon potrafił przewidzieć przyszłość i wiedział, że nić życia dla jakiegoś biedaka siedzącego w Destiny wkrótce się skończy? Czy może ktoś już umarł, tylko oni o tym jeszcze nie wiedzieli?
Gdyby jednak tak było, demon nie pozwoliłby mu siedzieć w spokoju i popijać piwko, domagałby się schwytania duszy owego nieszczęśnika i dostarczenia jej w zaświaty.
Lucien zmarszczył brwi, rozglądając się uważnie po sali. Półmrok panujący w lokalu utrudniał dostrzeżenie czegokolwiek poza zarysami postaci siedzących w odosobnionych boksach.
Gdzieś tam prawdopodobnie znajdowali się  Łowcy, popijając piwo i naradzając się jak zabić Lordów. Korciło go, by używając swoich mocy, prześlizgnąć się od boksu do boksu i kryjąc się w ciemnościach, poszukać paru gęb do rozwalenia. 
Każdy inny spośród jego przyjaciół nie wahałby się ani chwili. Bez zastanowienia ruszyłby skopać tyłki wrogom, ale nie Lucien. Dozorca demona Śmierci ze stoickim spokojem odstawił pusty już kufel na kontuar i schylił się do przyjaciela. Bardziej niż obecność Łowców w Destiny martwiło go niezwykłe podniecenia demona. Śmierć przez cały ten czas chichotała, w kółko powtarzając: śmierć, krew, ciemność.
***
Odrzuciła papiery na bok. Po raz setny już tego dnia, a właściwie nocy – chociaż w jej przypadku noc faktycznie była dniem – przysięgła sobie, że nie zajrzy już do tych cholernych dokumentów.
Niestety znała siebie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie spocznie dopóki sprawy związane z Destiny nie będą ostatecznie uporządkowane.
Remont lokalu kosztował ją niemałą fortunę, nie wspominając już o gigantycznych łapówkach, jakie musiała wyłożyć na dziesiątki zezwoleń i planów, rysunków i mapek. Musiała też uciszyć okolicznych mieszkańców, którym nie wiedzieć czemu nagle nocny klub zaczął przeszkadzać.
Przeczesała dłońmi włosy i raz jeszcze spojrzała na stos papierów. Musi uporać się z tym bałaganem nim wstanie słońce. Zgrzytając zębami, chwyciła pierwszy z brzegu dokument i raz jeszcze przeczytała jego treść.
Zarządca sąsiedniej kamienicy groził jej procesem sądowym, jeśli lokal nie zmieni profilu działalności. Jakimś sposobem zidiociałemu urzędnikowi klub kojarzył się z satanizmem i czarną magią.
– Kretyn – rzuciła pod nosem, czytając po raz kolejny absurdalne pismo.
– Mam nadzieję, że nie mówisz tego do mnie? – Złocistowłosy mężczyzna, o urodzie tak powalającej, że zapierało dech w piersiach, stał niedbale oparty o futrynę drzwi. Jednak w jego błękitnych oczach, mimo lekkiego tonu, migotały poważne błyski.
– Nienawidzę urzędników – powiedziała.
– Jak my wszyscy, maleńka – stwierdził.
Przekrzywiła nieznacznie głowę, przyglądając się Zaakowi. Czarne, spodnie opinały jego szczupłe uda. W rozcięciu eleganckiej satynowej koszuli nie było widać ani jednego włoska. Zresztą ciało Zaaka pozbawione było zbędnego owłosienia.
Zaak lubił być perfekcyjny i zawsze idealnie wyglądał, i tak też smakował.
– Sądziłam, że miejscowe urzędniczki wyłamują się z tego stereotypu? – zapytała, drwiąco unosząc brew do góry. To dzięki Zaakowi, a w zasadzie jego urokowi osobistemu, zawdzięczała zdobycie setek opinii i pozwoleń.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Dobrze smakują – powiedział beztrosko, ale Wiki wiedziała, jak wiele wysiłku kosztował go nawet najmniejszy kontakt z ludźmi.
– Nigdy ci nie podziękowałam… – zaczęła ostrożnie.
– I uważasz, że teraz jest na to dobry moment? – W błękitnych oczach mężczyzny pojawiły się czerwone błyski.
– Zawsze jest dobry moment – powiedziała.
– Nie! – uciął ostro.
Nie odpowiedziała, oboje wiedzieli, że miał rację. W życiu nic nigdy nie było za darmo. Za wszystko trzeba było płacić, a cena potrafiła być naprawdę wysoka.
– Długo jeszcze zamierzasz tu siedzieć? – zapytał, zmieniając temat.
– A czemu pytasz?
Wzruszył niedbale ramionami. Uznałaby to za przypadkowy gest, gdyby nie znała go tak dobrze.
– Twoi nowi przyjaciele powoli zbierają się do wyjścia – rzucił zgryźliwie.
Posłała mu ostre spojrzenie.
– To nie są moi przyjaciele – wycedziła.
– Czyżby? – Uniósł drwiąco piękną brew. – Ale wkrótce będą, prawda?
– Zrobię to, co konieczne – odparła, odkładając papiery na bok. Zaak nie zamierzał popuścić, a jej właśnie odeszła ochota na papierkową robotę. Ta rozmowa od dawna wisiała w powietrzu…
– Po co to robisz? – zapytał, choć doskonale znał odpowiedź.
– Przecież wiesz – odparła.
– To nie jest powód – powiedział, krzyżując ramiona na piersi.
– To jest cholernie dobry powód! – warknęła, uderzając pięścią w stół.
– Uważasz, że zabicie ich coś zmieni?
– Tak! – podniosła głos.
– Obyś miała rację – stwierdził spokojnie, przestępując z nogi na nogę.
– Ja zawsze mam rację – stwierdziła. Chwilę później dodała już łagodniejszym tonem:  Zaufaj mi, Zaak, wiem co robię.
– Mam nadzieję – powiedział – bo i twoi nowi przyjaciele, i ci na których polują, siedzą sobie w twoim klubie.
– Co? – W mgnieniu oka zerwała się z krzesła i nim Zaak zdążył otworzyć usta była już przy drzwiach.
– Dlaczego do cholery mi o tym wcześniej nie powiedziałeś?! – warknęła, uchylając drzwi.
Zmrużył piękne oczy.
– Myślałem, że będzie ci na rękę jak się pozabijają? – stwierdził  z właściwą sobie kpiną.
Warknęła, spoglądając na niego groźnie.
– Nie mieszaj się do tego, Zaak – syknęła. – To moja sprawa. Tylko moja – dodała z naciskiem.
– Mam ze spokojem patrzeć jak idziesz na pewną śmierć? – zapytał.
– To chyba już się stało, prawda? – warknęła, wychodząc .
– Fakt – powiedział, uśmiechając się ironicznie.
Dziewczyna niczym cień wsunęła się na główną salę, kierując ku zabudowanym boksom.
Bezszelestnie przystanęła w najdalszym kącie sali, szybkim spojrzeniem omiatając nielicznych już o tej porze gości. W zacienionym kącie siedziała grupka młodych Łowców. Popijając piwo, dyskutowali szeptem o sytuacji w Budzie.
Wiki nie znała imienia żadnego z nich, ale też nie zależało jej na tym. Byli pionkami w grze, którą prowadziła. Ten, na którego polowała stał na samym szczycie organizacji. To do niego zamierzała się dobrać i jego zaufanie zdobyć.
Nim jednak do tego dojdzie będzie musiała trochę się wysilić, zabawiając jego młodych chłopców na posyłki. Wsunęła się cichutko na kanapę.
– Widzę, że piwo smakuje – powiedziała, uśmiechając się sztucznie do młodzików.
– O tak – przytaknęli chórem, zaskoczeni jej widokiem.
Najstarszy z nich błyskawicznie wychwycił okazję do zaprezentowania przed nią swych przywódczych zdolności. Odchrząknął lekko i udając władczy ton, rzucił na pozór obojętnie:
– Lokal niczego sobie – powiedział mimochodem. – Fajny wystrój, obsługa… – wyliczał tonem znawcy.
„Kłamczuszek” – pomyślała Wiki, nie starając się nawet skupić na słowach Łowcy, wzrokiem przeszukując salę, aż w końcu ich znalazła. Tak bardzo wyróżniali się z tłumu bezbarwnych istot, że nie sposób było ich pomylić z kimkolwiek innym.
Siedzieli przy barze, i chociaż było ich tylko dwóch, wypełniali sobą całą wolną przestrzeń przy kontuarze. Wysocy, o szerokich ramionach, wyglądali niczym zjawy z sennego koszmaru. I czyż nie tym właśnie byli? Lordowie Zaświatów, nieśmiertelni wojownicy z woli Zeusa, ukarani, za pychę i brak umiaru, skazani na wieczne potępienie, sparowani na wieki z demonami.
Młody Łowca znowu coś do niej powiedział, ale Wiki ledwie zarejestrowała jego słowa. Wszystkie jej myśli skupiły się na dwóch potworach siedzących przy barze.
Pół twarzy jednego z nich szpeciły odrażające blizny, niszcząc idealne piękno drugiej połówki. Być może to właśnie zaskoczyło ją najbardziej w ich wyglądzie. Idealne piękno i proporcje ciał. Jakby ktoś świadomie ukształtował każdy ich mięsień, każdy nawet najdrobniejszy skrawek ich ciała. Być może sprawił to czas, a może wyglądali tak z woli boga.
– Musisz wiedzieć, że jesteśmy bardzo zadowoleni, iż pozwalasz nam spotykać się w twoim lokalu. – Młody Łowca wyrzucił z siebie jednym tchem, przerywając jej pokręcone myśli. – Nasz szef również jest ci bardzo wdzięczny… – głos młodzieńca lekko zadrżał, zdradzając natychmiast, że każde jego słowo było pustą przechwałką.
Wiki spojrzała ponownie na grupkę wyrostków siedzących przy stoliku. Ostatkiem sił powstrzymała się przed wydaniem z siebie jęku zawodu. Jakże groteskowo i nędznie prezentowali się na tle Lordów. Wojskowym strojem i groźnymi minami starali się nadrabiać brak doświadczenia, którego nie mieli. Siedzieli szeroko rozpostarci na skórzanych kanapach, surowymi minami tuszując strach widoczny w ich oczach. Czy zwialiby gdzie pieprz rośnie gdyby powiedziała im, że dwóch Lordów siedzi przy barze? A może na przekór samym sobie rzuciliby się na nich z wyciągniętymi spluwami? Nie miała pojęcia i prawdę mówiąc nie miała najmniejszej ochoty przekonywać się o tym w swoim własnym lokalu. Zbyt dużo wysiłku kosztowało ją wyremontowanie lokalu, by teraz spokojnie siedzieć i patrzeć jak Lordowie masakrują kilku gówniarzy w jej klubie.
Westchnęła, spoglądając po młodych twarzach.
– Bardzo mnie to cieszy – powiedziała. – Oczywiście będę bardzo rada, jeśli wasz szef osobiście zaszczyci moje skromne progi… –  Zawiesiła lekko głos, dając im do zrozumienia, że od tej wizyty zależą dalsze losy Łowców na jej terenie.
– Przekażemy mu twoje zaproszenie – najstarszy z wyrostków odezwał się lekko zachrypniętym głosem.
„Kłamca” – pomyślała ponownie. Był tylko nic nie znaczącym pionkiem, będzie miał farta, jeśli uda mu się przekazać wiadomość od niej Stefano – prawej ręce Galena.
Pokiwała głową.
– Chętnie spotkam się z nim osobiście – powiedziała, kładąc nacisk na słowo „osobiście”.
Mężczyźni popatrzyli po sobie, zmieszanie odbiło się na ich zbyt młodych twarzach. Szybko jednak opanowali się, by chwilę później jeden po drugim już bez zbędnego gadania ruszyć do wyjścia.
– Na nas już pora – oświadczył najodważniejszy z grupy.
– Jak tylko będziemy coś wiedzieć, powiadomimy cię – odezwał się  inny.
– Już nie mogę się doczekać – odparła z udawanym zapałem.
Mruknęli coś jeszcze na do widzenia i nie oglądając się więcej za siebie, zwartą grupą ruszyli do wyjścia.
Wiki nie patrzyła za nimi, jej spojrzenie na nowo skoncentrowało się na Lordach siedzących przy barze. Już dawno skończyli sączyć piwo, rozmawiali przyciszonymi głosami, raz po raz zerkając na salę. Z ich min wywnioskowała, że nie byli w dobrych nastrojach. Zwłaszcza ten z głową ogoloną na łyso, ostro gestykulując, tłumaczył coś mężczyźnie z bliznami na twarzy.
Wiki pstryknęła lekko palcami, dźwięk ten natychmiast utonął w kakofonii głośnej muzyki i rozmów toczonych przy stolikach. Kilka osób jednak spojrzało na nią ukradkiem, bezbłędnie odczytując jej gest.
Jednym z nich był Raul – barman o oczach ciemnych jak noc. Ostrożnie skinął głową w stronę szefowej, po czym ponownie skupił się na mięśniakach siedzących po drugiej stronie kontuaru. Żaden z osiłków nie wzbudzał jego zaufania podobnie zresztą jak szumowiny, z którymi tak usilnie próbowała bratać się Wiktoria.
Nie miał najmniejszego pojęcia, o co chodziło w grze, którą prowadziła z Łowcami, jednak tych dwóch przy barze musiało mieć z tym coś wspólnego.
Każdy inny na jego miejscu próbowałby przemówić jej do rozumu. On jednak znał ją lepiej niż reszta obsługi klubu, lepiej niż Zaak. Już sam dźwięk tego imienia budził w Raulu mordercze instynkty.
Złocistowłosy kupidyn nieustannie krążył wokół Wiki, roszcząc sobie prawo do pierwszeństwa względem niej, ale to Raul, nie Zaak był przy niej, kiedy straciła wszystko, kiedy los pozbawił ją tego, co kochała najbardziej, a przeznaczenie zepchnęło ją w mrok.

1 komentarz: